Pokazywanie postów oznaczonych etykietą antropologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą antropologia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 czerwca 2015

Najstarsza na świecie gra w piłkę


Już ok. 3,5 tysiąca lat temu, Indianie z Mezoameryki uganiali się za ważącą nawet 3-4 kilogramy kauczukową kulą. To właśnie stamtąd pochodzi najstarsza znana gra w piłkę zwana w języku nahuatl ullamaliztli. Najdawniejsze ślady gry w piłkę pochodzą już z czasów cywilizacji Olmeków, będącej jedną z najwcześniejszych kultur związanej z osiadłym trybem życia w Mezoameryce. Najstarsze boisko, którego czas pochodzenia datuje się na 1400-1200r.p.n.e. odkryto jednak na stanowisku Paso de Amada w Chiapas, a więc poza rdzennym obszarem Olmanu. Olmekowie wywarli duży wpływ na inne kultury prekolumbijskie Mezoameryki, i to najprawdopodobniej za ich sprawą gra w piłkę stała się popularna na całym tym obszarze.

O zasadach i punktacji niestety nie wiadomo zbyt wiele. Pewne jest natomiast to, że gra była bardzo niebezpieczna. Ciężka kauczukowa piłka była w stanie wyrządzić poważną krzywdę pechowemu zawodnikowi. Jeśli wierzyć malowidłom Majów z okresu klasycznego, zdarzały się nawet przypadki śmiertelne. Gra występowała w wielu odmianach i różniła się w zależności od tego z jakiej kultury pochodzili gracze, w jakich czasach grano, a także od tego jaką funkcję pełniła gra. Przykładowo Majowie okresu klasycznego używali piłki o średnicy 30-50cm, lecz w okresie późnoklasycznym były one już dużo mniejsze. W Teotihuacan używano czegoś podobnego do kijów hokejowych. Niektóre boiska (zwłaszcza późniejsze) posiadały kamienne pierścienie, przez które trzeba było przerzucić piłkę. Na ziemiach Majów, odbijano piłkę brzuchem lub biodrami, na które nakładano specjalne ochraniacze. Aztekowie z kolei używali bioder lub pośladków. Niektóre boiska miały kształt litery "I" a inne litery "T". Różna była też ilość graczy i wielkość boiska.

Gra w piłkę, kojarzy nam się ze sportem, ale nie należy ulegać wrażeniu, że ullamaliztli było tym samym co współczesna piłka nożna, siatkowa, ręczna lub inny podobny sport zespołowy. Gra miała w dużej mierze charakter rytualny. Świadczy o tym choćby fakt, że boiska często umieszczano w sąsiedztwie świątyń. Istnieje wiele mitów, w których gra kauczukową piłką odgrywa bardzo istotną rolę. Jeden z nich, który odnaleźć można w księdze poświęconej mitycznym początkom świata Popol Vuh, opowiada o grających w piłkę bliźniakach, którzy rozzłościli bogów z podziemnego królestwa Xibalba hałasem jaki powodowała gra. Bogowie oderwali jednemu z bliźniaków głowę. Zdekapitowany nieszczęśnik miał dwóch synów również bliźniaków i miłośników gry. Pierwszy z nich podzielił los ojca, a jego głowa miała zastąpić piłkę w czasie kolejnego pojedynku z bogami. Tym razem jednak, drugi z braci podstępnie wykradł głowę bogom i za pomocą czarów umocował ją z powrotem na ramionach pierwszego z bliźniaków. Mit ten nawiązuje do cyklów śmierci i odradzania, a także ukazuje powiązanie gry w piłkę z dekapitacją. Podobnie jak w mitycznej opowieści, niejednokrotnie stawką w grze było życie, a przegranemu ucinano głowę. Ullamaliztli było zatem powiązane z tematami życia i śmierci. Bardziej afirmacyjnym aspektem gry był jej związek z bogami patronującymi pijaństwu, zabawie i urodzajowi, a w szczególności piciu octli czyli alkoholowego napoju przyrządzanego z agawy.

Zdarzało się czasami, że gra miała znaczenie polityczne. Konkurujące drużyny pochodziły w takich wypadkach ze zwaśnionych ze sobą państw-miast, a stawką było prawdopodobnie rozsądzenie konfliktu. Niekiedy też w grach o z góry ustalonym wyniku, jedną ze stron stanowili znaczniejsi wrogowie i jeńcy wojenni. Wynik meczu potwierdzał przewagę zwycięzców a jeńców składano w ofierze. Tym samym ullamaliztli służyło legitymizowaniu władzy i potwierdzaniu dominacji zwycięskiej strony.

Źródła:
Justyna Olko i Jarosław Źrałka, W krainie czerni i czerwieni. Kultury prekolumbijskiej Mezoameryki, Warszawa 2008, ss. 190-198.

Maria Gaida, Rytualna gra w piłkę Majów, w: Wojciech Brzeziński (red.), Moda Majów. Elitra i Dwór Jaina 600-900 n.e., Warszawa 2010, ss. 25-30.

http://mesoamericalearningloop.weebly.com/uploads/1/5/3/7/15375894/339156_orig.jpg [10.05.2015]

niedziela, 24 maja 2015

Antropologiczna lekcja obiektywności


Około 60 lat temu, a dokładnie w 1956 roku, amerykański antropolog Horace Miner, opublikował w renomowanym czasopiśmie antropologicznym American Anthropologist krótki tekst opisujący szokujące praktyki cielesne Nacirema. Lud ten, należący do grupy północno-amerykańskiej, zamieszkiwał "obszar pomiędzy kanadyjskimi Cree, a Yaqui i Tarahumare z terytorium Meksyku oraz plemionami Carib i Arawak żyjącymi na Antylach". Według Minera, Nacirema cechowali się niezwykle rozwiniętym systemem wierzeń o charakterze magicznym, odnoszących się do zdrowia i ciała.

W każdym domostwie ludu Nacirema znajdowała się przynajmniej jedna kaplica służąca do odbywania potężnych rytuałów i ceremonii mających zapobiegać zniedołężnieniu i chorobom. Tubylcy poddawali się też wielu bolesnym zabiegom, takim jak kaleczenie dziąseł i robienie dziur w zębach, wierząc że zabieg ten pomoże im zjednać sobie ludzi oraz zapewni powodzenie w życiu. Jama ustna była z resztą przedmiotem szczególnej uwagi wśród członków tego ludu. Nacirma regularnie umieszczali w niej małą wiązkę świńskich włosów i wykonywali nią następnie szereg ściśle określonych gestów. Kobiety co jakiś czas uczestniczyły w zadziwiającym obrzędzie, w ramach którego przez nieomal godzinę trzymały swoje głowy w gorących misach, w nadziei że ten z pewnością nieprzyjemny obrząd, zapewni im urodę. Część rytualnych praktyk, mogła być przeprowadzana tylko przez wybrańców w specjalnych świątyniach zwanych latipso. Kłuli tam oni swoich współbratymców magicznymi igłami, nierzadko doprowadzając do ich śmierci. Nie umniejszało to jednak w niczym powszechnej wiary w skuteczność praktyk medycznych. Tekst Minera zakończony był cytatem Bronisława Malinowskiego zaczerpniętym z książki Magia, nauka i religia:

"Patrząc z oddali i z góry, z naszych uprzywilejowanych, bezpiecznych miejsc wewnątrz rozwiniętej cywilizacji, łatwo jest dostrzegać całą brutalność i nieadekwatność magii. Jednakże bez jej siły i przewodnictwa człowiek pierwotny nie mógłby opanować trudności praktycznych, tak jak mu się to udało, ani też wznieść się na wyższe stopnie cywilizacji".

Wbrew pozorom, celem Minera nie było opisanie zwyczajów jednego z indiańskich plemion. Uważni czytelnicy być może zorientowali się już, że "Nacirema" czytane od tyłu, to nic innego jak "American" a latipso to "ospital" z czego już blisko do "hospital" czyli szpitala. Opisywany obszar pomiędzy kanadyjskimi Cree a Meksykiem, obejmuje zaś teren Stanów Zjednoczonych. Amerykański antropolog umieścił w tekście więcej podobnych zakamuflowanych wskazówek. Jaki był zatem powód zamieszczania w szanowanym czasopiśmie antropologicznym czegoś co można by uznać za primaaprillisowy żart? Otóż Horace Miner chciał zwrócić uwagę na tendencję przejawianą przez wielu antropologów (i nie tylko) do opisywania zwyczajów obcych ludów w kategoriach magicznych, niezwykłych i dziwacznych. Codzienne czynności takie jak mycie zębów (fragment o świńskich włosach) nie są przecież dla Amerykanów niczym magicznym. Mało tego. Dbanie o higienę ustną jest zachowaniem całkowicie racjonalnym.

Nasuwa się zatem pytanie: Czy praktyki ludzi wychowanych w obcych nam kulturach mogą być dużo bardziej racjonalne niż nam się początkowo wydaje? Być może wizja odległych, egzotycznych krain pełnych magii i czarów jest zaledwie projekcją naszych własnych romantycznych wyobrażeń, skrzywiającą prawdziwy obraz obcych kultur? Być może też, to nasze codzienne zachowania są mniej racjonalne i bliższe magii niż to by się nam mogło wydawać.

Źródła:
Horace Miner, Rytuały cielesne wśród Nacirema, w: M.Buchowski (red.), Amerykańska antropologia postmodernistyczna, Warszawa 1999, ss. 31-37.

Horace Miner, Body Ritual among the Nacirema, "American Anthropologist", 1956, vol. 58 issue 3, pp. 503-507.

https://mcdn1.teacherspayteachers.com/thumbitem/The-Nacirema-A-Lesson-on-Remaining-Objective-When-Learning-About-Other-Cultures/original-634973-1.jpg [23.04.2015]

niedziela, 17 maja 2015

System kodowania znaków na arabskich chatach internetowych


"Ba3ad", "6arrash" i "wa7ed". Co oznaczają te dziwacznie wyglądające fragmenty tekstu? Czy to wynik niechlujnego zapisu pełnego tzw. "literówek"? Losowe ciągi znaków? A może rodzaj skrótowego zapisu obecnego w wiadomościach SMS i chatach internetowych? Ostatnia odpowiedź jest najbliższa prawdzie. Zastosowanie znaków zazwyczaj oznaczających cyfry, nie jest jednak podyktowane chęcią skrócenia wiadomości. Nie jest też jednie przejawem młodzieżowej mody, jak to ma miejsce choćby w przypadku często używanego zwrotu "C U m8", który można odczytać jako "see you mate" czyli "do zobaczenia kolego" tudzież "na razie stary".

Zaprezentowane powyżej ciągi znaków są arabskimi wyrazami zapisanymi przy pomocy symboli dostępnych w zwesternizowanej wersji kodu ASCII. W pierwszych etapach rozwoju technologii informatycznych i telefonii komórkowej, system kodowania dostosowany był do użytkowników pochodzących z kultury Zachodu, posługujących się najczęściej językiem angielskim oraz cyframi arabskimi (tak naprawdę pochodzącymi z Indii). Pozostali użytkownicy tzw. "nowych technologii", chcący porozumiewać się w językach, których zapis wymagał zastosowania znaków niewystępujących w anglosaskiej wersji alfabetu łacińskiego, musiały znaleźć tymczasowe rozwiązanie problemu ograniczonego repertuaru symboli. Na początku lat 90 XX wieku, rozwinął się więc tzw. "Arabish" czyli arabski alfabet chatów (nazywany również "Moaarab"). Wyraz ten powstał w wyniku połączenia słów "Arab" oraz "English".

Arabish szybko zyskał popularność. Posługiwały się nim nie tylko osoby, które nie znały języka angielskiego, ale również te, które po prostu nie chciały rezygnować z komunikowania się przy pomocy arabskiego. Skromne badanie przeprowadzone przez Ghadę R. el Saida, Marka Warschauera i Aymana Zohry, zdają się potwierdzać, że arabish cieszy się dużą popularnością. Zanim jednak zostanie ono omówione, czytelnikom należy się kilka słów wyjaśnienia w kwestii języka arabskiego i jego odmian. Otóż język arabski ma wiele dialektów, które różnią się od siebie na tyle mocno, że niekiedy porozumienie pomiędzy użytkownikami różnych wersji języka arabskiego jest niemożliwe. Język wspólny dla wszystkich Arabów - tzw. "klasyczny arabski" będący językiem Koranu, jest znany jedynie przez najlepiej wykształconych. Cieszy się on dużym szacunkiem jako język proroka Muhammada.

W trakcie wspomnianych badań przeprowadzonych w 2002 roku na niereprezentatywnej grupie 40 pracowników umysłowych mieszkających w Egipcie, 17 badanych przyznało, że na chatach internetowych posługuje się egipskim dialektem języka arabskiego przy użyciu zapisu łacińskiego (a więc arabish). Dwie osoby zadeklarowały z kolei użycie arabish do zapisu klasycznej odmiany języka arabskiego. Ostatni fakt może się wydać szokujący dla tych, którzy wiedzą jak wielką estymą otaczany jest język Koranu. Na załączonej ilustracji możemy zobaczyć kilka przykładów adaptacji znaków, których zwykle używamy do zapisu cyfr, do oznaczenia specyficznych dźwięków obecnych w języku arabskim. Należy przy tym pamiętać, że podobnie jak w przypadku arabskiego z jego licznymi dialektami, arabish nie jest systemem jednolitym i jego kształt może się różnić w zależności od regionu lub kraju.

Źródła:
Kira Allmann, Arabic Language Use Online. Social, Political and Technological Dimensions of Multilingual Internet Communication, "Monitor", winter 2009, pp. 61-76.

Anouk de Koning, Global Dreams. Class, Gender and Public Space in Cosmopolitan Cairo, Cairo 2009.

Ghada R. el Said, Mark Warschauer & Ayman Zohry, Language Choice Online. Globalisation and Identity in Egypt, "JCMC", 2002 June, no. 7.

niedziela, 10 maja 2015

Niecodzienna odporność mieszkańców okolic Cieśniny Torresa na złudzenie optyczne Müllera-Lyera


Złudzenie Müllera-Lyera jest jedną z najsłynniejszych iluzji optycznych. Po raz pierwszy zostało opisane przez niemieckiego socjologa Franza Carla Müllera-Lyera w 1889 roku. Polega ono na błędnej interpretacji długości odcinków (przedstawionych na ilustracji), według której jeden z nich jest dłuższy od drugiego. W rzeczywistości są one równe pod względem długości. O złudzeniu można przeczytać w wielu książkach poświęconych psychologii poznawczej, a także na niejednej stronie internetowej prezentującej rozmaite iluzje optyczne. Nieco rzadziej opisywanym aspektem złudzenia Müllera-Lyera jest to, że nie wszyscy są jednakowo na nie podatni. Na początku XX wieku, William H. R. Rivers, uczony badający możliwości percepcyjne mieszkańców wyspy Mer (lokalna nazwa Murray Island) położonej w okolicach Cieśniny Torresa, zaobserwował że żyjący tam ludzie są odporniejsi na owo złudzenie w porównaniu do Europejczyków.

Nie ma jednak niczego cudownego w samej wyspie ani cieśninie, co tłumaczyłoby zaobserwowany efekt. Wyjaśnienie jest całkiem prozaiczne, choć ma doniosłe znaczenie dla nauk zajmujących się percepcją. W trakcie długotrwałych badań, psychologowie kulturowi doszli do wniosku, że ludzie dostosowują nieświadomie swoje mechanizmy percepcji do warunków, z którymi mają na co dzień do czynienia. Mieszkańcy miast, a więc osoby mające więcej kontaktu z prostopadłościennymi, małymi przestrzeniami ("carpentered environment"), łatwiej ulegają złudzeniu Müllera-Lyera, niż ludzie żyjący w rejonach nie-miejskich, w których takich przestrzeni jest mniej. Domy w okolicach Cieśniny Torresa często mają zaokrąglone kształty – stąd wyjątkowa odporność ich właścicieli na omawiane złudzenie. Wszystko ma jednak swoją cenę. Mieszkańcy wyspy Mer przypłacają swą niewrażliwość na złudzenie Müllera-Lyera, większą podatnością na inną iluzję optyczną. Jest nią złudzenie Ficka, znane w literaturze anglojęzycznej jako "vertical–horizontal illusion", polegające na przeszacowywaniu długości linii pionowych w stosunku do poziomych.

Źródła:
Michael Cole, Cultural Psychology: A Once and Future Discipline, Harvard University Press: 1996, pp. 40-50.

J.O. Robinson, The psychology of visual illusion, Courier Dover Publications: 1998, pp. 96-100.

F.W. Mast, & C.M. Oman, Top-Down Processing and Visual Reorientation Illusions in a Virtual Reality Environment, "Swiss Journal of Psychology" 2004, vol. 63, issue 3, pp. 143-149.

środa, 29 kwietnia 2015

XVI-wieczny francuski holocaust kotów


Śledząc historię człowieka, można zaobserwować stały trend, polegający na łagodzeniu obyczajów i powstrzymywaniu gwałtownych afektów. Tak przynajmniej twierdzą niektórzy socjologowie, historycy i psychologowie, a także kryminolodzy. Wniosek ten jest bardzo ogólny i z pewnością dałoby się znaleźć dla niego wiele wyjątków, lecz dane na temat ilości przestępstw z użyciem przemocy oraz opisy zabaw ludzi żyjących w Europie jeszcze kilkaset lat temu, zdają się potwierdzać jego ogólną słuszność. We Francji, kojarzącej się dzisiaj z kolebką sztuki i kultury, jeszcze XVI i XVII, a nawet w XVIII wieku urządzano zabawy, które z punktu widzenia współczesnego Europejczyka zostałyby uznane za niebywale okrutne i barbarzyńskie. Oto fragment książki Norberta Eliasa, poświęcony opisowi jednej z takich „rozrywek”:

„W Paryżu w XVI w. do tradycyjnych zabaw urządzanych w dzień św. Jana, należało palenie żywcem gromady kotów. Była to uroczystość bardzo popularna. Na placu gromadziły się tłumy. Przygrywała orkiestra. Pod swego rodzaju rusztowaniem wznoszono ogromny stos. Następnie zawieszano na rusztowaniu worek lub kosz z kotami. Worek lub kosz zajmował się ogniem. Koty spadały na stos i spalały się w płomieniach, podczas gdy tłum sycił się ich wrzaskiem i miauczeniem. Zazwyczaj widowisko zaszczycał swą obecnością król z całym dworem. Zdarzało się również, że król osobiście lub delfin podpalał stos. Pewnego razu, na specjalne ponoć życzenie króla Karola IX, złowiono lisa, którego spalono razem z kotami.”

Tym, co przykuwa uwagę (oprócz okrucieństwa) jest udział w procederze najwyższych warstw społecznych. Nie była to zatem tylko rozrywka gminu i pospólstwa. Wygląda na to, że próg wrażliwości był ustawiony znacznie wyżej niż dziś (trudniej było go osiągnąć) u wszystkich klas i grup społecznych. Zdarzały się jednak wyjątki. Pewien francuski ksiądz katolicki – Jean Meslier, który prywatnie posiadał ateistyczne poglądy, pisał w pierwszej połowie XVIII wieku o zwyczaju palenia kotów, oceniając tę praktykę zdecydowanie negatywnie. Nie sposób jednak nie zauważyć, że po relatywnie niedługim czasie od momentu kiedy pisał swoje wspomnienia, palenie kotów zostało prawnie zakazane. Stało się to w 1765 roku. Być może, Meslier wcale nie wyprzedzał swoich czasów aż tak bardzo i gdyby żył sto lat wcześniej. nie potępiał by wcale okrutnych francuskich zabaw.

Źródła:
Jean Meslier, Testament: Memoir of the thoughts and sentiments of Jean Meslier, Prometheus Books: 2009, pp. 562–563.  

Manuel Eisner, Long-Term Historical Trends of Violent Crime, „Crime and Justice”, 2003, Vol. 30, pp. 83-142.

Norbert Elias, Przemiany obyczajów w cywilizacji Zachodu, Warszawa 2011, s. 293.

Robert Darnton, The Great Cat Massacre. And Other Episodes in French Cultural History, Basic Books: 2009, pp. 83–84.

Steven Pinker, A History of Violence, The New Republic: 2007. [
http://edge.org/3rd_culture/pinker07/pinker07_index.html] [16.04.2015]

http://www.planeteanimaux.com/wp-content/uploads/2014/08/chatlahanama.jpg [16.04.2015]

sobota, 18 kwietnia 2015

Tajny system znaków amerykańskich włóczęgów



Co czytali amerykańscy włóczędzy na przełomie XIX i XX wieku? Jak się okazuje, ich lektury były całkiem ambitne. Angielskie słowo „hobo”, które współcześnie tłumaczy się niekiedy jako „menel”, dawniej oznaczało robotnika sezonowego prowadzącego wędrowny tryb życia. Hobo nie mieli zazwyczaj stałego miejsca zamieszkania, ale sposób ich funkcjonowania dalece różnił się od tego, z czym dzisiaj kojarzymy "bezdomność". Chociaż dla niektórych hobo, żebractwo rzeczywiście stanowiło główne źródło utrzymania, wielu z nich było wbrew pozorom bardzo aktywnymi i ambitnymi ludźmi.

Szczególnie interesujący może się wydawać fakt, że hobo stanowili doskonale zorganizowaną grupę. Wydawali swoją własną gazetę o tytule „Hobo News” a także sprzedawali karty członkowskie do swojego stowarzyszenia, które posiadało nawet listę zalecanych lektur. Wśród nich znalazło się dzieło Lewisa Henry'ego Morgana „Społeczeństwo pierwotne, czyli Badanie kolei ludzkiego postępu od dzikości przez barbarzyństwo do cywilizacyi” (tytuł oryginalny: „Ancient Society, or Researches in the Lines of Human Progress from Savagery, through Barbarism, to Civilization”). To jednak nie wszystko. Społeczność hobo wypracowała swój własny kod etyczny, a także system znaków, za pomocą których przekazywano sobie informacje istotne dla osób prowadzących wędrowny tryb życia. Współcześnie można poznać znaczenie symboli, którymi posługiwali się hobo, między innymi w National Cryptologic Museum znajdującym się w Maryland w Stanach Zjednoczonych, a także dzięki załączonej ilustracji.

Źródła:
Ulf Hannerz, Odkrywanie miasta. Antropologia obszarów miejskich, Kraków: 2006, s. 48.

https://www.nsa.gov/about/cryptologic_heritage/museum/virtual_tour/museum_tour_text.shtml#history_of_hobos [16.04.2015]

https://www.nsa.gov/about/_files/cryptologic_heritage/museum/library/hobo_signs_definitions.pdf [16.04.2015]

środa, 15 kwietnia 2015

Promieniowanie rentenowskie, wiktoriańska pruderia i strach przed podglądaczami




Czy promienie X mogą posłużyć podglądaczom do naruszenia czyjejś prywatności i przeniknięcia wzrokiem w niepostrzeżony sposób cudzych ubrań? Współcześnie najprawdopodobniej nikt nie żywi podobnych obaw, lecz pod koniec XIX-wieku, w czasach zdominowanych przez pruderyjną, wiktoriańską obyczajowość, problem wydawał się społeczeństwu całkiem realny i poważny. Obawę tą dobrze obrazuje krótki rymowany utwór zamieszczony w czasopiśmie Photography w lutym 1886 roku:

The Roentgen Rays, the Roentgen rays,
What is this craze?
The town's ablaze
With this new phase
Of X-ray's ways.


I'm full of daze
Shock and amaze
For nowadays
I hear they'll gaze
Thro' cloak and gown – and even stays,
Those naughty, naughty Roentgen rays.



Aparat Röntgena został zaprezentowany publicznie po raz pierwszy 28 grudnia 1885 roku. Jak to bywa z nowymi technologiami, zasady jego działania nie były wtedy dobrze zrozumiane przez nie-specjalistów. Pewna londyńska firma wykorzystała ten fakt aby zbić małą fortunę. Zaoferowała zaniepokojonym ludziom rozwiązanie ich problemu – odporną na promienie katodowe (jak je wtedy nazywano) bieliznę. Na załączonej ilustracji możemy zobaczyć reklamę produktu zamieszczoną w gazecie Globe (27 lutego 1886 roku). Podobne obawy sprawiły, że w Nowym Jorku podjęto próbę wprowadzenia prawa zakazującego używania promieni X w lornetkach teatralnych.

Promieniowanie rentgena znalazło jeszcze kilka nietypowych zastosowań. W domach towarowych w Chicago, Nowym Jorku oraz Paryżu zainstalowano automaty, dzięki którym za drobną opłatą można było zobaczyć szkielet swojej dłoni. Szok wywołany tym przeżyciem był czasem tak wielki, że klientom zdarzało się omdleć w trakcie pokazu. Na inny pomysł wpadł lekarz z Paryża - Hippolit-Ferdynand Baraduc. Prezentował on zdjęcia rentgenowskiej swojej czaszki sądząc, że udało mu się sfotografować swoje myśli oraz uczucia.

Źródła:
Brian Lentle & John Aldrich, Radiological sciences, past and present, "Lancet" 1997 Jul 26, Vol. 350 (9073), pp. 280-285.


Phillip Ball, Invisible. The Dangerous Allure of the Unseen, The Bodley Head: 2014, pp. 125-126.

Sally Satel & Scott O. Lilienfeld, Brainwashed. The Seductive Appeal of Mindless Neuroscience, Basic Books: 2013, p. 49.