poniedziałek, 3 sierpnia 2015

XVII-wieczny komputer



Kto i kiedy wynalazł komputer? Na to pytanie niełatwo odpowiedzieć. Zakłada ono bowiem, że nowe odkrycia są dziełem jednego człowieka – genialnej jednostki, która przy pomocy swoich dzieł zmienia bieg historii. W rzeczywistości jednak, każdy wielki wynalazca korzysta z dorobku swoich poprzedników. Nawet najwybitniejsi nie mogą się również obejść bez pomocy i wsparcia współczesnych. Nie umniejsza to oczywiście zasług pojedynczych uczonych. Niemniej jednak, jeśli chce się odmalować bardziej realistyczny obraz odkrycia, trzeba wskazać więcej niż jedną osobę odpowiedzialną za wynalazek, a zamiast daty, opisać cały proces powstawania danej koncepcji czy też urządzenia.

Pierwszym, który zaprezentował w Europie koncepcję uniwersalnego systemu, który pozwalałby na przetwarzanie wszelkich pojęć obecnych w języku naturalnym przy pomocy maszyny opartej na systemie binarnym był Gottfried Wilhelm Leibniz. Oznacza to, że aby dotrzeć do korzeni współczesnych komputerów trzeba cofnąć się aż do XVII wieku! Jeśli zaś chcemy sięgnąć do źródeł mechanizacji procesów obliczeniowych, musimy sięgnąć jeszcze głębiej w odmęty historii.

Zanim ludzie zaczęli myśleć o maszynach przetwarzających wszelkie informacje (lub wręcz o myślących maszynach) stosowali urządzenia i techniki, które pomagały im w dokonywaniu prostych obliczeń. Pierwsze "liczydła" to prawdopodobnie zaledwie linie kreślone na piasku według przemyślanego systemu. Nie były zatem trwałymi urządzeniami, lecz koncepcją, która później pozwoliła na zbudowanie czegoś bardziej namacalnego. Takie ręczne maszyny mające swoją materialną formę nazywano dawniej abakusami. Były one znane już starożytnym Grekom, Rzymianom a także Chińczykom (i zapewne jeszcze kilku innym nacjom). Z biegiem czasu abakusy ulepszano, ale dopiero XVII wiek przyniósł bardziej znaczący postęp w tej dziedzinie.

Wtedy też w Europie upowszechniała się powoli tendencja do myślenia o myśleniu jako procesie mechanicznym. W 1655 roku Thomas Hobbes wyraził myśl per ratiocinationem autem intelligo computationen – "przez rozumowanie rozumiem rachowanie". Ujmował on myślenie jako takie jako proces obliczeniowy:
"Rachować zaś to w istocie tyleż, co tworzyć sumę z wielu rzeczy do siebie dodanych albo wyznaczać resztę po odjęciu jednej rzeczy od drugiej. Rozumować więc, to to samo, co dodawać i odejmować; zgodzę się też, jeśli ktoś do tego doda mnożenie i dzielenie, jako że mnożenie jest tym samym, co dodawanie rzeczy równych, dzielenie zaś tym samym, co odejmowanie wielkości równych, ile razy to jest tylko możliwe. Rozumowanie sprowadza się więc do dwóch czynności umysłu, do dodawania i odejmowania."
Poglądy Hobbesa były często krytykowane, a on sam w obawie przed konsekwencjami spalił część swoich rękopisów. Fragmenty jego dzieł świadczą jednak o dokonującej się w XVII wieku zmianie w sposobach ujmowania procesów myślenia. Była ona prawdopodobnie istotnym czynnikiem, dzięki któremu dokonał się rozwój maszyn liczących. Wskazywałby na to chociażby fakt, że wspomniana zmiana zbiegała się w czasie z powstaniem nowych urządzeń służących do wykonywania obliczeń.

W 1642 roku Blaise Pascal przedstawił swoją maszynę sumującą. Ponad 30 lat później swój wynalazek zaprezentował również Leibniz. 22 stycznia 1673 roku pokazał światu na forum Royal Society arytmometr – ręczną maszynę liczącą w systemie dziesiętnym. Równocześnie pracował nad calculus rationcinator czyli rachunkiem logicznym mającym być pierwszym krokiem do arytmetyzacji wszelkich pojęć. Gottfryd Leibniz jest uważany przez niektórych za jeden z najgenialniejszych umysłów nowożytnej Europy. Z pewnością nie można mu odmówić nie tylko inteligencji, lecz również pracowitości. Zainspirowany systemem dwójkowym, którego wynalezienie przypisywał Chińczykom, już w 1679 przedstawił koncepcję machiny cyfrowej (binarnej), w której gałki reprezentujące liczby wędrowały niczym kule bilardowe w systemie sterowanym przez coś, co można uznać za prymitywną wersję karty perforowanej. Przewidział, że te same operacje da się wykonać nawet bez kul. Jest to w zasadzie pierwszy konceptualny opis zasady działania komputera. Współcześnie, kule zostały zastąpione przez ładunki elektryczne. Generalny zamysł pozostał jednak z grubsza niezmieniony.

Niektórzy być może chcieliby wiedzieć w osobie Leibniza prekursora sztucznej inteligencji. Pogląd ten jest jednak trudny do utrzymywania. Gottfried Leibniz uważał, że "duszy" nie da się zredukować do mechanizmu. Na poparcie swojej tezy zaprezentował eksperyment myślowy nazywany od jego nazwiska "młynem Leibniza". Rozumowanie we wspomnianym eksperymencie było dość proste: wyobraźmy sobie, że umysł dałoby się powiększyć do rozmiarów młyna, do którego mógłby wejść człowiek. Filozof twierdził, że obserwator znajdujący się wewnątrz mógłby zobaczyć koła zębate, dźwignie, przekładnie i tłoki, ale nigdzie nie mógłby dostrzec niczego, co można by nazwać "myśleniem" lub "duszą". Nie może być ona zatem mechaniczna. Wniosek ten nie wynika jednak z przesłanek, a cały eksperyment jest zakamuflowaną tautologią. Leibniz musiał założyć a priori, że mechanizm nie może być "duszą", żeby stwierdzić, że obserwując maszynę nie da się jej zobaczyć. Eksperyment zaproponowany przez filozofa pokazuje, że mimo niewątpliwych zasług dla rozwoju komputerów, nie wierzył on w mechaniczność "duszy" i "myślenia".

Wracając do głównego wątku: wizja budowy cyfrowej maszyny analitycznej Leibniza nie mogła zostać urzeczywistniona bez systemu pozwalającego na wyrażanie rozmaitych pojęć w sposób mechaniczny. Sam Leibniz nigdy go nie opracował. Problemem zajął się ok. 150 lat później Charles Babbage. Jak utrzymywał, od 1812 lub 1813 roku zaczął myśleć o przeliczaniu maszynowym. Opracował system nazywany "notacją mechaniczną" i w 1834 rozpoczął pracę nad maszyną, której możliwości miały znacznie przekraczać możliwości arytmometrów. Maszyna miała móc zmieniać rejestry swojej pamięci wewnętrznej. Była też wyposażona w oddzielony od pamięci podzespół stanowiący centralną jednostkę przetwarzającą informacje. Sposób jej działania opierał się na wykorzystaniu kart perforowanych, znanych i stosowanych we włókiennictwie w maszynach Jacquardowskich. Pomysł Babbage'a uznaje się za pierwszą konceptualizację, a nawet za pierwszy poprawny projekt programowalnego komputera. Struktura urządzenia do złudzenia przypomina współczesne komputery z dyskiem twardym, procesorem (CPU central processing unit) i mechanizmem wejścia (input device). Wynalazca przypisywał maszynie, którą chciał zbudować niezwykłą rolę. Uważał, że będzie można skutecznie odgadnąć boski zamysł poprzez obliczanie jego dzieł.

Babbage pracował nad maszyną analityczną do końca swoich dni dożywając wieku ponad 80 lat. W pracach pomagała mu Ada Lovelace – córka Lorda Byrona. Osiągnął jednak zaledwie część zaplanowanych rezultatów. Jego urządzenia były co prawda w stanie wykonywać nieco bardziej zaawansowane obliczenia, ale nie ma większych wątpliwości co do tego, że wynalazcy chodziło o coś więcej. Mimo wielkich ambicji wynalazcy, nie należy rozpatrywać pracy Babbage'a jako próby mechanicyzacji procesów "myślenia", lecz jedynie samej arytmetyki (choć wiemy, że wynalazca wiązał z nią wielkie nadzieje). Matematyczne podstawy analizy logicznej, niezbędne do przełożenia operacji wykraczających poza arytmetykę (takich jakie wykonują współczesne komputery), opracował George Boole. W 1847 roku wydał swoją pierwszą książkę na ten temat

Możliwości maszyny Charlesa Babbage'a musiały być ograniczone, lecz nawet jeśli był to tylko projekt będący realizacją pomysłu o mechanicyzacji arytmetyki (a nie myślenia jako takiego), jego urzeczywistnienie musiałoby być niezwykłym osiągnięciem wyprzedzającym swoje czasy. Czy stworzenie komputera w XIX wieku było realnym scenariuszem? W ramach obchodów 200-lecia urodzin Babbage'a, zespół naukowców pod kierownictwem Dorona Swade'a postanowił to sprawdzić. Swade podjął się próby rekonstrukcji projektu Babbage'a na podstawie jego rysunków z 1847 roku, przedstawiających projekt noszący nazwę "Maszyna różnicowa 2". Wykonano ponad 4 tys. elementów, które złożyły się na 3-tonową maszynę. Swade napisał w swoim artykule, w którym zdawał sprawę z przebiegu prac, że urządzenie: "bezbłędnie wykonało swoje pierwsze duże obliczenie i potwierdziło, że źródłem niepowodzeń Babbage'a były kwestie praktyczne, a nie błędne założenia projektowe".

Czy jest możliwe, że gdyby Charlesowi Babbage'owi udało się zgromadzić większe fundusze, pierwszy komputer do generalnego zastosowania powstałby o wiele wcześniej? Wiele na to wskazuje. Choć Babbage nie działał w próżni i wiele zawdzięczał swoim poprzednikom, rzeczywiście mógł być człowiekiem, który nieomal w pojedynkę zmieniłby bieg historii.


Źródła:

Daniel Dennett, Słodkie sny. Filozoficzne przeszkody na drodze do nauki o świadomości, Warszawa 2007, ss. 39-40.


Doron D. Swade, Redeeming Charles Babbage's Mechanical Computer, "Scientific American" 1993 February, Vol. 268, Issue 2, pp. 83-91.


Eugene Eric Kim & Betty Alexandra Toole, Ada and the First Computer, "Scientific American" 1999 May, Vol. 5 Issue 280, pp. 76-81.[http://www.cs.virginia.edu/~robins/Ada_and_the_First_Computer.pdf] [07.07.2015]


George B. Dyson, Darwin wśród maszyn. Rzecz o ewolucji inteligencji, Warszawa 2005.


Jörn Lütjens, The abacus – one of the oldest calculation devices [http://www.hh.schule.de/metalltechnik-didaktik/museum/abakus/luetjens-abacus.pdf] [07.07.2015].


[https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/6/6a/LondonScienceMuseumsReplicaDifferenceEngine.jpg] [07.07.2015]

środa, 15 lipca 2015

Nazista w Palestynie



Jaki wspólny cel mogli mieć przedstawiciele Agencji Żydowskiej oraz niemieccy naziści? Wydawać by się mogło, że trudniej wskazać parę negocjatorów o bardziej przeciwstawnych interesach. Podczas gdy syjoniści z Agencji Żydowskiej w Palestynie mieli za zadanie utworzyć nowe państwo dla Żydów, które miało uchronić ich od prześladowań, ci drudzy postawili sobie za zadanie wyeliminowanie osób wyznania mojżeszowego. Mimo tego, strony te prowadziły ze sobą w latach 30' XX wieku negocjacje, które mogą wydać się szokujące, kiedy spojrzy się na nie przez pryzmat późniejszych wydarzeń.

Pragmatyczne podejście przedstawicieli Agencji Żydowskiej skłoniło jej działaczy do odrzucenia bojkotu hitlerowskich Niemiec, do którego przyłączyła się większość społeczności żydowskiej na świecie. Wysłano nawet telegram wprost do Führera, zapewniający o tym, że jiszuw (wspólnota żydowska w Palestynie) nie chce zrywać z Rzeszą stosunków dyplomatycznych. Tym, co zadecydowała o podjęciu takiego kroku była troska o Żydów* niemieckich. Liczono, że wstrzymanie się od bojkotu uratuje ich przed prześladowaniami. Syjoniści starali się utrzymywać poprawne kontakty z III Rzeszą w nadziei, że uda im się sprowadzić przynajmniej część niemieckich Żydów do Palestyny w charakterze pionierów, mających w przyszłości zbudować państwo Izrael. Nazistom chcącym pozbyć się Żydów z kraju było to na rękę. Zwłaszcza, że Agencja Żydowska pomagała przejąć rządowi III Rzeszy część ich majątku.

Syjoniści prowadzili w Niemczach działania typu public relations starając się utrzymać kruche porozumienie z decydentami III Rzeszy. W 1933 roku, zaprosili do Palestyny barona Leopolda Itza von Mildensteina, będącego jednym z pierwszych członków SS. Jego wizyta miała być pretekstem do napisania serii artykułów do gazety Josepha Goebbelsa noszącej tytuł Angriff. Jak wspominał Kurt Tuchler, działacz Organizacji Syjonistycznej w Berlinie odpowiedzialny za kontakty z NSDAP: "Naszym celem było stworzenie w ważnej nazistowskiej gazecie takiej atmosfery, która sprzyjałaby sprawie osadnictwa syjonistycznego w Palestynie".

Cele te zostały osiągnięte. Baron von Mildenstein objechał Palestynę odwiedzając po drodze kilka kibuców i poznając zamieszkujących te ziemie Żydów. Jego wrażenia były bardzo pozytywne. Podróż przyniosła oczekiwany skutek w postaci serii artykułów w Angriffie. Były one wydawane od 27 września do 9 października 1934 roku. Gazeta wybiła nawet specjalny medalion upamiętniający wizytę Mildsteina, na którym widnieje napis "Ein Nazi fährt nach Palästina" czyli "Nazista odwiedza Palestynę" (taki był też tytuł serii). Na jego awersie widnieje gwiazda Dawida – symbol syjonizmu (wbrew powszechnemu przekonaniu nie jest ona symbolem judaizmu, ponieważ tę funkcję spełnia menora), a na rewersie swastyka – symbol nazizmu.

Należy tutaj zaznaczyć, że baron von Mildenstein tylko przez pewien czas popierał dążenia syjonistów. W swoich kolejnych książkach opisujących następne wyprawy do Palestyny mające miejsce w 1938 i 1941 roku, prezentuje zdecydowanie pro-Arabskie i antysyjonistyczne stanowisko. Mimo tego, można niekiedy spotkać się z tendencją do podkreślania przede wszystkim wcześniejszych relacji barona. Istnieje proste wytłumaczenie tego fenomenu. W latach 60' XX wieku, Mildstein został schwytany przez CIA i przesłuchiwany w sprawie zbrodni wojennych z czasów II wojny światowej. Jako poprzednik Eichmanna skazanego na karę śmierci w Izraelu, miał powody, aby obawiać się o swój los. Dlatego też starał się kłaść nacisk na swoją wcześniejszą wizytę z 1933 i artykuły drukowane później w Angriffie. Jego współpraca z Agencją Żydowską była jednakże stosunkowo krótkim epizodem. Nieproporcjonalnie duże zainteresowanie pierwszą wizytą barona da się również z pewnością
częściowo wyjaśnić  jej sensacyjnością. Trudno o bardziej zadziwiający przykład politycznego aliansu niż ten zawarty pomiędzy nazistą a Żydami.

Z dzisiejszego punktu widzenia, dla osób, które zdają sobie sprawę, że ideologia nazistowska popchnęła Niemców do eksterminacji sześciu milionów Żydów, obecność swastyki i gwiazdy Dawida na jednym, pamiątkowym medalu może się wydawać bardzo ponurym żartem. Taka moneta jednak powstała. Nie należy wyciągać z tego faktu wniosku, że syjonistów i nazistów łączyły wspólne wartości. Z pewnością były one sprzeczne. Mimo tego, dla bardzo pragmatycznie zorientowanych działaczy z organizacji syjonistycznych, oraz dla tych z nazistów, którym nie zależało na eksterminacji, lecz tylko na tym, żeby Żydzi opuścili Niemcy, dało się znaleźć przez krótki okres w historii wspólny cel – przesiedlenie Żydów z terenów III Rzeszy do Palestyny.

*Pisownia słowa "Żyd/Żydzi" nastręcza wielu problemów. Kłopot polega na tym, że czasem trudno jest dojść do tego, czy słowo to odnosi się do wyznawców judaizmu czy też do przedstawicieli narodu żydowskiego. Jeżeli uznamy, że żydowskość niemieckich Żydów odnosiła się tylko do ich religii, uzasadniona jest pisownia z małej litery, tak jak w przypadku zapisu określeń wyznawców każdej innej grupy religijnej – np. chrześcijanie, muzułmanie czy też buddyści. W przypadku kiedy mamy na myśli członków narodu, należy użyć dużej litery. Na tym jednak sprawa się nie kończy. Według tradycji żydowskiej, każdy wyznawca judaizmu jest członkiem narodu żydowskiego. Każdy "żyd" jest zatem jednocześnie "Żydem". Tradycja nie była jednakże w tym wypadku zawsze najważniejsza. Niemieccy Żydzi będący uchodźcami z III Rzeszy zamieszkującymi Palestynę (jeke), o których jest mowa w niniejszym wpisie, w przeważającej części czuli się przede wszystkim obywatelami Niemiec. Byli uznawani za Niemców również przez syjonistów. Mamy więc do czynienia z sytuacją, w której:

1) patrząc od strony tradycji judaistycznej, wszyscy uchodźcy byli "Żydami",

2) tożsamość narodowa przynajmniej części uchodźców kazałaby nazywać ich "żydami",

3) sposób w jaki niektórzy syjoniści postrzegali uchodźców z Niemiec sugeruje stosowanie zapisu z małej litery.

4) dla niemieckich nazistów, którzy chcieli zastosować "ostateczne rozwiązanie" wobec Żydów, byli oni przedstawicielami narodu, a więc "Żydami".


Ostatecznie zdecydowałem się na zapis z dużej litery, choć może być on nieco kontrowersyjny.

Źródła:

Tom Segev, Siódmy milion. Izrael – piętno zagłady, Warszawa 2012.

Joseph Verbowszky, Leopold von Mildenstein and the Jewish Question, 2013. [https://etd.ohiolink.edu/!etd.send_file?accession=case1365174634&disposition=inline] [06.07.2015]

http://www.coinarchives.com/e45656839882992f41ebffc99b9eb4b5/img/emporium/071/image02670.jpg [06.07.2015]

niedziela, 21 czerwca 2015

O czym myśli martwy łosoś?


Jakie zdanie na temat uczuć towarzyszących ludziom biorącym udział w wykluczających oraz wkluczających sytuacjach społecznych ma martwy łosoś atlantycki (salmo salar)? Doktor Craig Bennett, psycholog z University of California w Santa Barbara, postanowił to sprawdzić wraz z zespołem naukowców, przy użyciu jednej z najnowocześniejszych metod neuroobrazowania – funkcjonalnego rezonansu magnetycznego (fMRI). Przedmiot badań został pozyskany w sklepie sąsiadującym z laboratorium. W następnym kroku przetestowano maszynę wykonującą rezonans. Łososiowi wyjaśniono na czym będzie polegało jego zadanie i umieszczono wewnątrz maszyny. Upewniono się przedtem, że badany nie będzie wykonywał niepotrzebnych ruchów, które mogłyby negatywnie wpłynąć na wyniki. Unieruchomiono go przy pomocy specjalnej pianki. Wewnątrz rezonansu zamocowano lustro odbijające obraz wyświetlany na ekranie LCD. Wszystkie te zabiegi miały umożliwić obiektowi badań obserwację bodźców bez konieczności poruszania się. Jest to w takich wypadkach standardowa procedura. Kiedy wszystko było już gotowe, łososiowi pokazano serię sytuacji społecznych, a następnie poproszono o wyrażenie swojej opinii na temat emocji, jakie mogli odczuwać ludzie biorący w nich udział. Jak łatwo się domyślić, obiekt badań nie był skłonny do współpracy.

Nie wszystko było jednak stracone. Funkcjonalny rezonans magnetyczny jest techniką, która pozwala obserwować czynności mózgu i ustalać, które jego części są zaangażowane w wykonywanie określonych zadań. Odkrycia z kilku ostatnich dekad wskazujące na to, że bardzo rzadko można powiązać jakąkolwiek czynność z jednym tylko obszarem, sprawiły że coraz częściej śledzi się nie tyle sam fakt aktywności danych obszarów mózgu, co raczej czasoprzestrzenne wzorce aktywacji. Odpowiedzi badanego nie zawszą są niezbędnym elementem eksperymentu. Dało to zespołowi dr-a Craiga Bennetta możliwość kontynuowania badania. Na podstawie skanu fMRI skonstruowano obraz mózgu badanego, przy jednoczesnym zachowaniu wszelkich rygorów proceduralnych (z wyjątkiem zastosowania normalizacji przestrzennej, której nie dało się przeprowadzić ze względu na to, że w atlasach MRI nie ma zestandaryzowanych wytycznych dla łososia). Skan wykazał aktywność w obszarze mózgu łososia o wielkości 81mm3, a także w brzusznej części rdzenia kręgowego (na ilustracji). Jak to możliwe?

Wykazanie aktywności neuronalnej u martwego łososia było możliwe dzięki zastosowaniu niedoskonałych procedur statystycznych. Sam eksperyment został spreparowany właśnie w celu wykazania, że niezastosowanie się do rygorów naukowych może skutkować otrzymywaniem najbardziej nawet absurdalnych wyników. Artykułowi dr-a Bennetta i jego zespołu przyznano w 2012 roku nagrodę Ig Nobla, którą nagradza się prace, które zmuszają "najpierw do śmiechu, a później do myślenia". Na czym dokładnie polegała sprawa z martwym łososiem? Aby to wyjaśnić, trzeba krótko przedstawić zasadę działania fMRI oraz niewielki fragment historii statystyki. 

Funkcjonalny rezonans magnetyczny działa w oparciu o analizę odpowiedzi BOLD (blood-oxygen-level-dependent). Polega to na tym, że porównuje się ze sobą małe, wydzielone fragmenty mózgu, tzw. voxle, które najłatwiej opisać jako trójwymiarowe pixele, pod względem ilości tlenu przenoszonego przez krew. Zakłada się, że obszary bardziej aktywne zużywają więcej tlenu. Dzięki temu, że krew natlenowana daje w rezonansie inną odpowiedz niż krew nienatlenowana, można wnioskować o tym, w których obszarach występuje największe zużycie tlenu. Do porównania każdej pary voxli używa się testu statystycznego, który pozwala określić z jakim prawdopodobieństwem uzyskany wynik mógłby być przypadkowy. Jeśli poziom ten jest satysfakcjonująco niski, wynik uznaje się za istotny statystycznie. Na obrazach pochodzących z funkcjonalnego rezonansu magnetycznego zaznacza się jasnymi kolorami (np. żółty), te obszary, w których szansa na to, że wynik jest przypadkowy jest bardzo mała. Kolor purpurowy oznacza, że ryzyko to jest już większe. 

W typowym badaniu fMRI wykonywanym na człowieku, wyróżnia się aż 130.000 voxli. Do skonstruowania funkcjonalnego obrazu mózgu (czyli obrazu dynamicznego, pokazującego mózg w działaniu) trzeba przeprowadzić dziesiątki tysięcy wspomnianych testów. Tutaj pojawia się kłopot. Nawet przy niskim prawdopodobieństwie uzyskania wyniku fałszywie pozytywnego, przy odpowiedniej ilości prób, w końcu go uzyskamy. Zagadnienie to nazywane jest "problemem wielokrotnych porównań". Jeszcze kilkadziesiąt lat temu niedogodność ta nie została należycie rozpoznana, ponieważ bez komputerów o dużej mocy obliczeniowej, nikt nie przeprowadzał tak oszałamiającej liczby testów. Dlatego też przez pewien czas, część badań przeprowadzanych przy użyciu fMRI nie była przeprowadzona w sposób właściwy. Nie stosowano w nich procedury korekty dla wielokrotnych porównań, pozwalającej wykluczyć wyniki, dla których ryzyko wykazania fałszywie pozytywnych korelacji było zbyt wysokie (procedury te to FWER – family-wise error rate oraz FDR – false discovery rate). Jeszcze w 2008 roku procent badań opublikowanych w ważnych czasopismach naukowych, wykonanych w prawidłowy sposób pod względem zastosowania odpowiednich poprawek dla wielokrotnych porównań, był niepokojąco niski. W Neuro Image wynosił on jedynie 74%, w Cerebral Cortex 67,5%, w Social Cognitive and Affective Neuroscience  60%, w Human Brain Mapping 75,4% i wreszcie w Journal of Cognitive Neuroscience – 61,8%. Oznacza to, że nawet do 40% publikowanych badań opartych było na procedurach równie dokładnych jak te, które pozwoliły wykazać aktywność w systemie nerwowym martwej ryby! Od 2008 roku poziom ten na szczęście uległ zmianie. Tydzień po przyznaniu Ig Nobla opisywanemu badaniu, w ok. 90% prac zastosowano już odpowiednie poprawki. Niewykluczone, że dzięki łososiowi.

Eksperyment Bennetta odbił się szerokim echem w społeczności naukowej, a sam artykuł został przyjęty z entuzjazmem. Niestety mimo tego dr-owi nie zwrócono kosztów zakupu łososia. Stało się tak dlatego, że Bennett postanowił swój obiekt badań zjeść.

Źródła:
Craig Bennett et al., Neural Correlates of Interspecies Perspective Taking in the Post-Mortem Atlantic Salmon. An Argument For Proper Multiple Comparisons Correction, "Journal of Serendipitous and Unexpected Results", 2010 vol. 1, no 1, pp. 1-5.

Sally Satel & Scott O. Lilienfeld, Brainwashed. The Seductive Appeal of Mindless Neuroscience, Basic Books: 2013.

Scicurious, IgNobel Prize in Neuroscience. The dead salmon study, 2012 Sept 25. [http://blogs.scientificamerican.com/scicurious-brain/ignobel-prize-in-neuroscience-the-dead-salmon-study/] [25.05.2015]

niedziela, 14 czerwca 2015

Najstarsza na świecie gra w piłkę


Już ok. 3,5 tysiąca lat temu, Indianie z Mezoameryki uganiali się za ważącą nawet 3-4 kilogramy kauczukową kulą. To właśnie stamtąd pochodzi najstarsza znana gra w piłkę zwana w języku nahuatl ullamaliztli. Najdawniejsze ślady gry w piłkę pochodzą już z czasów cywilizacji Olmeków, będącej jedną z najwcześniejszych kultur związanej z osiadłym trybem życia w Mezoameryce. Najstarsze boisko, którego czas pochodzenia datuje się na 1400-1200r.p.n.e. odkryto jednak na stanowisku Paso de Amada w Chiapas, a więc poza rdzennym obszarem Olmanu. Olmekowie wywarli duży wpływ na inne kultury prekolumbijskie Mezoameryki, i to najprawdopodobniej za ich sprawą gra w piłkę stała się popularna na całym tym obszarze.

O zasadach i punktacji niestety nie wiadomo zbyt wiele. Pewne jest natomiast to, że gra była bardzo niebezpieczna. Ciężka kauczukowa piłka była w stanie wyrządzić poważną krzywdę pechowemu zawodnikowi. Jeśli wierzyć malowidłom Majów z okresu klasycznego, zdarzały się nawet przypadki śmiertelne. Gra występowała w wielu odmianach i różniła się w zależności od tego z jakiej kultury pochodzili gracze, w jakich czasach grano, a także od tego jaką funkcję pełniła gra. Przykładowo Majowie okresu klasycznego używali piłki o średnicy 30-50cm, lecz w okresie późnoklasycznym były one już dużo mniejsze. W Teotihuacan używano czegoś podobnego do kijów hokejowych. Niektóre boiska (zwłaszcza późniejsze) posiadały kamienne pierścienie, przez które trzeba było przerzucić piłkę. Na ziemiach Majów, odbijano piłkę brzuchem lub biodrami, na które nakładano specjalne ochraniacze. Aztekowie z kolei używali bioder lub pośladków. Niektóre boiska miały kształt litery "I" a inne litery "T". Różna była też ilość graczy i wielkość boiska.

Gra w piłkę, kojarzy nam się ze sportem, ale nie należy ulegać wrażeniu, że ullamaliztli było tym samym co współczesna piłka nożna, siatkowa, ręczna lub inny podobny sport zespołowy. Gra miała w dużej mierze charakter rytualny. Świadczy o tym choćby fakt, że boiska często umieszczano w sąsiedztwie świątyń. Istnieje wiele mitów, w których gra kauczukową piłką odgrywa bardzo istotną rolę. Jeden z nich, który odnaleźć można w księdze poświęconej mitycznym początkom świata Popol Vuh, opowiada o grających w piłkę bliźniakach, którzy rozzłościli bogów z podziemnego królestwa Xibalba hałasem jaki powodowała gra. Bogowie oderwali jednemu z bliźniaków głowę. Zdekapitowany nieszczęśnik miał dwóch synów również bliźniaków i miłośników gry. Pierwszy z nich podzielił los ojca, a jego głowa miała zastąpić piłkę w czasie kolejnego pojedynku z bogami. Tym razem jednak, drugi z braci podstępnie wykradł głowę bogom i za pomocą czarów umocował ją z powrotem na ramionach pierwszego z bliźniaków. Mit ten nawiązuje do cyklów śmierci i odradzania, a także ukazuje powiązanie gry w piłkę z dekapitacją. Podobnie jak w mitycznej opowieści, niejednokrotnie stawką w grze było życie, a przegranemu ucinano głowę. Ullamaliztli było zatem powiązane z tematami życia i śmierci. Bardziej afirmacyjnym aspektem gry był jej związek z bogami patronującymi pijaństwu, zabawie i urodzajowi, a w szczególności piciu octli czyli alkoholowego napoju przyrządzanego z agawy.

Zdarzało się czasami, że gra miała znaczenie polityczne. Konkurujące drużyny pochodziły w takich wypadkach ze zwaśnionych ze sobą państw-miast, a stawką było prawdopodobnie rozsądzenie konfliktu. Niekiedy też w grach o z góry ustalonym wyniku, jedną ze stron stanowili znaczniejsi wrogowie i jeńcy wojenni. Wynik meczu potwierdzał przewagę zwycięzców a jeńców składano w ofierze. Tym samym ullamaliztli służyło legitymizowaniu władzy i potwierdzaniu dominacji zwycięskiej strony.

Źródła:
Justyna Olko i Jarosław Źrałka, W krainie czerni i czerwieni. Kultury prekolumbijskiej Mezoameryki, Warszawa 2008, ss. 190-198.

Maria Gaida, Rytualna gra w piłkę Majów, w: Wojciech Brzeziński (red.), Moda Majów. Elitra i Dwór Jaina 600-900 n.e., Warszawa 2010, ss. 25-30.

http://mesoamericalearningloop.weebly.com/uploads/1/5/3/7/15375894/339156_orig.jpg [10.05.2015]

niedziela, 7 czerwca 2015

Żydowski odwet


Zemsta (Nakam) to nazwa żydowskiej organizacji złożonej między innymi z przywódcy powstania w gettcie wileńskim Aby Kownera (w załączonym zdjęciu na środku), a także walczących w ukraińskiej partyzantce Paszy Reichmana (na zdjęciu na ziemi przy karabinie maszynowym), Różki Korczak oraz Witki Kampner (po prawej od Kownera). Młodzi, zuchwali żydzi zasilający jej szeregi, postawili sobie za cel wzięcie odwetu za Holocaust na narodzie niemieckim.

Organizacja przewidziała kilka wariantów działań. Plan A był równie prosty co szokujący zabić sześć milionów Niemców. Po jednym za każdego żyda, który poniósł śmierć w trakcie Zagłady. Metodą, którą chcieli zastosować członkowie Nakamu było wpuszczenie trucizny do sieci wodociągowych w kilku dużych niemieckich miastach. W razie niepowodzenia pierwotnych zamiarów,  przewidziano również plan B, który zakładał otrucie kilku tysięcy byłych esesmanów przebywających w amerykańskich obozach jenieckich.

Sam Kowner po latach przyznał, że każda normalna osoba powinna była uznać jego plan za szalony. Rzeczywiście, większość żydowskich działaczy politycznych sprzeciwiała się pomysłom krwawego, masowego odwetu. Przykładowo Dawid Ben Gurion, przywódca ruchu syjonistycznego powiedział Paszy Reichmanowi: "Zemsta w historii jest bardzo ważna, ale jeszcze ważniejsze byłoby sprowadzenie tu [do Palestyny] sześciu milionów żydów, a nie zabicie sześciu milionów Niemców".

Nikłe poparcie dla planów odwetowych nie powstrzymało jednak członków Nakamu od prób wprowadzenia ich w życie. Do niemieckich sieci wodociągowych wprowadzono agentów, którzy zlokalizowali zawory prowadzące do dzielnic willowych zamieszkanych przez amerykańskich oficerów. Zamierzano ich bowiem oszczędzić. Trucizna wieziona statkiem przez Abę Kownera nie dotarła jednakże do Niemiec, a jego samego aresztowano w wyniku czego pędził cztery miesiące w Kairskim więzieniu. Osamotniony Pasza Reichman sprowadził zatem truciznę z Paryża i wprowadził w życie plan B.

13 kwietnia 1946 roku, mściciele z Nakamu włamali się do piekarni zaopatrującej obóz jeniecki Stalag 13 znajdujący się niedaleko Norymbergi, i posypali kilka tysięcy bochenków chleba białym proszkiem zawierającym arszenik, z wyglądu przypominającym mąkę. Włamanie zostało zauważone. Na miejsce przyjechała policja, lecz nikt nie zorientował się, że pieczywo zostało zatrute. Chleb z arszenikiem trafił więc do obozu i został podany byłym esesmanom.

Ocena powodzenia operacji nie jest łatwa. Doniesienia prasowe niosą ze sobą sprzeczne informacje na temat skuteczności ataku. Niektóre gazety pisały o braku ofiar śmiertelnych, a inne o tysiącu zmarłych. Wiadomo jednak z cała pewnością, że tego dnia w obozie Stalag 13 interweniowało kilkaset amerykańskich ambulansów. Mimo tego operacja nie spotkała się z dużym zainteresowaniem na świecie (nawet w Palestynie), a i dzisiaj mściciele z Nakamu nie są zaliczani w Izraelu w poczet bohaterów narodowych tak jak przywódcy powstań w gettach, spadochroniarze wysyłani w celu wspierania lokalnych ruchów oporu czy też przemytnicy broni.

Źródła:
Tom Segev, Siódmy milion. Izrael - piętno zagłady, Warszawa 2012, ss. 135-146.

Douglas Davis, Survivor reveals 1945 plan to kill 6 million Germans, 1998 March 27 [http://www.jweekly.com/article/full/7899/survivor-reveals-1945-plan-to-kill-6-million-germans/] [09.05.2015]

http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/a/a8/Ghetto_Vilinus.gif [09.05.2015]