środa, 9 marca 2016

Indyjska chirurgia plastyczna nosa


Do londyńskiego lekarza Josepha Constantine'a Carpuego, w październiku 1814 roku zapukał tajemniczy jegomość, którego środkową część twarzy zasłaniała czarna maska. Mężczyzna przybył aż z Gibraltaru z nietypową jak na XIX-wieczną Europę prośbą. Trzynaście lat wcześniej, wstąpił on do egipskiej armii gdzie zachorował na wątrobę. Ówcześni lekarze zalecili mu kurację rtęcią, która zniszczyła doszczętnie jego nos. Teraz w jego miejscu ziała szpecąca dziura. Poza oczywistymi problemami związanymi z deformacją twarzy, brak akurat tej części ciała przysparzał mu dodatkowych cierpień i wstydu. Wielu ludzi, którzy w tamtych czasach nie miało nosów, utraciło je przez syfilis. Ich brak kojarzył się powszechnie z rozwiązłym trybem życia. Borykający się z tym problemem tajemniczy przybysz, został poinformowany, że Carpue zajmuje się plastyką nosa. Była to prawda, aczkolwiek wieloletnie badania londyńskiego lekarza ograniczały się tylko do teorii. Nigdy nie przeprowadził on choćby jednej próby podjęcia tego typu operacji. Kiedy został więc poproszony o podróżnika z Gibraltaru o zrekonstruowanie nosa, stanął przed trudnym do rozwiązania dylematem.

Joseph Constatine Carpue po raz pierwszy zainteresował się plastyką nosa, po przeczytaniu artykułu wydanego w październiku 1794 roku w Gentelmen's Magazine. Tekst rozpoczynający się na 891 stronie, opisywał przypadek niejakiego Cowasjee – poganiacza bydła służącego w armii angielskiej w czasie wojny z sułtanem Tipu prowadzonej w 1792 roku. Ów nieszczęśnik został wzięty do niewoli gdzie obcięto mu ręce i nos. Tego typu okaleczenia stosowano jako karę w Indiach Wschodnich powszechnie. Rok później, indyjscy lekarze dokonali rekonstrukcji jego nosa, dzięki czemu twarz Cowasjee'a w dużym stopniu odzyskała swój dawniejszy wygląd. Artykuł opisywał procedurę rekonstrukcji:

„Cienką płytkę wosku dopasowuje się dokładnie do twarzy, tak że tworzy piękny nos, potem wyprostowuje się ją i przykłada do czoła. Kreśli się dokoła niej linię, potem już nie jest potrzebna. Operujący wycina tyle skóry, ile obejmuje linia, pozostawiając cienki pasek między oczyma. Ten pasek utrzymuje krążenie krwi tak długo, póki nie nastąpi połączenie nowych i starych części. Teraz wycina się resztki nosa i bezpośrednio pod tą nową częścią robi się nacięcia w skórze, biegnące pod skrzydełkami nosa wzdłuż górnej wargi. Zdziera się skórę z czoła i odwróciwszy ją, wkłada w nacięcie tak, że nos jest podwójnie umocowany, u góry, po bokach i u dołu pod przegrodą nosową, w nacięciu. Następnie zwilża się wodą nieco ziemi japońskiej i nakłada na szarpie, z pięć lub sześć takich opatrunków kładzie się jeden na drugim by zabezpieczyć zrośnięcie. Prócz tego przez pierwsze dni nie nakłada się żadnego opatrunku. Potem stosuje się opatrunek zanurzony w ghee, rodzaju masła. Wąski pasek skóry, utrzymujący połączenie z czołem przecina się dwudziestego piątego dnia... Pięć lub sześć dni po operacji pacjent musi leżeć na plecach, dziesiątego dnia w dziurki od nosa wsadza się tampony z miękkich szarpi, by je utrzymać należycie otwarte. Ta operacja udaje się zawsze. Sztuczny nos jest mocny i wygląda niemal tak pięknie jak każdy inny; także blizna na czole po dłuższym czasie staje się niewidoczna.”

Do tekstu dołączony był miedzioryt przedstawiający procedurę zabiegu. Zdawać by się mogło, że europejscy lekarze ochoczo zabiorą się za doskonalenie nowej techniki zaraz po lekturze. Prawda była zgoła inna. Carpue był jedynym londyńskim chirurgiem, który zainteresował się poważnie plastyką nosa. Przez następne dwadzieścia lat zbierał materiały na temat „indyjskiej metody”. Z powodów finansowych nie mógł on sobie pozwolić na podróż do Indii, gdzie mógłby przeprowadzić bezpośrednią obserwację technik używanych do rekonstrukcji nosa. Wysyłał więc listy i prosił rozmaitych ludzi: podróżników, kupców, oficerów o to, aby rozpytywali o interesujące go materiały i informacje. Udało mu się zdobyć obraz rozpowszechniany w Bombaju w styczniu 1795 roku, stanowiący dokładniejszą wersję miedziorytu wykorzystanego w Gentelmen's Magazine, na której widoczne były miejsca cięć wykonanych w czasie zabiegu przeprowadzanym na Cowasjee. Odnalazł też byłego dowódcę oddziału, w którym służył ów poganiacz bydła – podpułkownika Warda. Oficer opowiedział Carpuemu, że o możliwości zrekonstruowania nosa dowiedział się od handlarza ceratą, który wskazał oddaloną o 400 mil miejscowość, w której mieszkał sztukmistrz trudniący się tego typu zabiegami. Okazało się, że ten żyjący w Puna uczony był on wstanie doprawić Cowasjeemu nowy nos. Londyńskiemu lekarzowi udało się również dotrzeć do bezpośrednich świadków operacji. Niejaki doktor Barry, zrelacjonował, że jej czas wynosił 1,5h i że została ona wykonana przy użyciu starej, tępej brzytwy, którą trzeba było kilka raz ostrzyć w trakcie zabiegu. Dotarły do niego również doniesienia, jakoby już za czasów ojca sułtana Tipu – Hajdara Alego, w Indiach funkcjonował lekarz o nazwisku Lucas przeprowadzający podobne operacje. Jeszcze inne sprawozdanie wspominało o coomas – kaście ceglarzy z Hindustanu, której członkowie przeprowadzali zabieg rekonstrukcji nosa.

Carpue szukał doniesień o operacjach rekonstrukcji nosa również poza Indiami. W czasie swoich badań natrafił na wzmiankę o XVI-wiecznym włoskim lekarzu Tagliacozzim żyjącym w Bolonii w latach 1545-1599. W 1597 roku opisał on techniki rekonstrukcji nosa w swoim dziele noszącym tytuł De Curtorum Chirurgia per Insitionem. Libri Duo, który można przetłumaczyć jako „O chirurgicznym leczeniu okaleczeń metodą przeszczepu”. W przeciwieństwie do „metody indyjskiej”, Tagliacozzi pobierał skórę nie z czoła, lecz z ramienia i podobnie jak w Indiach, pozwalał płatowi skóry przyrosnąć do nosa zanim całkowicie odcinał go od miejsca pobrania. Bolończyk w swoich pracach inspirował się sadownictwem. Proces przyrastania skóry w nowe miejsce porównywał z przesadzonym drzewem zapuszczającym korzenie w nowej glebie. Skuteczność jego metody nie jest do końca jasna, gdyż w późniejszym czasie praca Tagliacozziego bywała potępiana, a część opisów była niesprawiedliwa dla włoskiego pioniera rekonstrukcji nosa. Po śmierci, jego ciało zostało pochowane w niepoświęconej ziemi, ponieważ z racji zajęcia jakim się parał uznano go za potępionego. Kościół rzymsko-katolicki uważał, że jego działania są „mieszaniem się w wyroki boże”. Co ciekawe, to właśnie potępiające opisy Tagliacozziego przyczyniły się do zachowania pamięci o nim. Jednym z nich jest sporządzone w 1612 roku podsumowanie działalności Tagliacozziego autorstwa Paula Zacchiasa będącego lekarzem papieża Innocentego X. Zacchias rozpatrywał kwestię tego, dlaczego operacja Tagliacozziego była dawniej legalna i dopuszczalna. W późniejszym czasie boloński lekarz został zrehabilitowany, i doczekał się nawet pomnika postawionego przez władze Bolonii, przedstawiającego go jako mężczyznę trzymającego w ręku nos. Tagliacozzi miał kontynuatora – Giovanniego Cortesi, lecz ten stosunkowo szybko porzucił rekonstruowanie nosów. Z bliżej nieznanych powodów, nie znalazł się nikt inny, kto kontynuowałby pracę bolońskiego chirurga, a jego dorobek został zapomniany na około 200 lat. Być może przyczyniły się do tego liczne nieporozumienia jakie narosły dookoła jego metody. Niektórzy sądzili, że Tagliacozzi używał do rekonstrukcji mięśni zamiast skóry. Byli też tacy, którzy sądzili że pobierał on materiał do przeszczepu od innych osób, mimo że wyraźnie sprzeciwiał się tego typu praktykom. Istniały również relacje, według których nosy zrekonstruowane przez Bolończyka odpadały następnej zimy. Biorąc pod uwagę „podejrzaną” atmosferę jaka zaczęła obejmować prace Tagliacozziego, trudno je jednak uznać za do końca wiarygodne. To wszystko nie ułatwiało Carpuemu podjęcia decyzji. Opisane przypadki odpadających zimą nosów, w połączeniu z niezwykle optymistycznymi doniesieniami dotyczącymi skuteczności operacji przeprowadzanych w Indiach Wschodnich cechujących się bardzo ciepłym klimatem, oraz własnymi doświadczeniami z angielskiego szpitala, w którym około połowa pacjentów poddanych operacji umierała na gorączkę ropną i różeń, sprawiły, że Carpue doszedł do wniosku, że skuteczna operacja rekonstrukcji nosa jest możliwa tylko w ciepłym indyjskim klimacie. Nie pozostało to bez wpływu na późniejsze decyzje londyńskiego lekarza.

Na opisach prac Tagliacozziego i doświadczeń indyjskich, badania Carpue się nie skończyły. Po pewnym czasie odkrył, że Tagliacozzi nie wynalazł wcale swojej metody, lecz zaledwie ją ulepszył i opisał dla potomnych. Jego wkład polegał przede wszystkim na opracowaniu lepszych metod bandażowania i unieruchamiania ramienia, które musiało być uniesione do głowy przez kilka miesięcy. Bazował przy tym na doświadczeniach Bronca oraz jego syna Antonia, przeprowadzających podobne operacje na Sycylii już w XV wieku. Jak donosiło sprawozdanie z 1442 sporządzone przez Piotra Rosano, biskupa Lucery, Bronca pobierał skórę z policzka, aby rekonstruować nosy utracone od miecza lub choroby. Antonio udoskonalił metodę i pobierał skórę już z ramienia. 150-letnia włoska historia chirurgii plastycznej nosa przypadała w dużej mierze na okres wybuchu epidemii syfilisu, która rozpoczęła się w 1495 roku w Neapolu. Być może to właśnie ten czynnik zadecydował o rozwoju chirurgii plastycznej nosa we Włoszech w XV i XVI wieku. Źródła inspiracji Bronca nie są do końca znane, ale istnieje spore prawdopodobieństwo, że również on został zainspirowany dokonaniami indyjskich uczonych, które trafiły nad basen Morza Śródziemnego dzięki wyprawom Aleksandra Macedońskiego (327 r. p.n.e.), a także późniejszemu podbojowi Indii dokonanymi kilkaset lat później przez Arabów w czasach kalifatu Abbasydów. W XV wieku, w Sycylii zauważalne były silne wpływy kultury cywilizacji islamu, która obficie czerpała z osiągnięć indyjskich uczonych.

Najwcześniejsze wzmianki dotyczące plastyki nosa zostały spisane w Indiach już ok. VI wieku p. n. e. przez prawdopodobnie pierwszego znanego na świecie chirurga plastycznego – Suśrutę, w dziele noszącym mającym w tytule jego imię: Suśruta-saṃhitā (सुश्रुतसंहिता). Oznacza to dosłownie „kompendium Suśruty”. Z jego dorobku, a także z osiągnięć innych przedstawicieli Ajurwedy (indyskiej gałęzi wiedzy dotyczącej medycyny) korzystali tacy greccy myśliciele jak Pitagoras, Arystoteles, Hipokrates i Galen, a także uczeni wywodzący się z kręgu cywilizacji islamu – Rhazes oraz Awicenna. Wpływ ajurwedy na medycynę europejską był w dużej mierze zapośredniczony przez greckie i arabskie źródła, ponieważ aż do 1844 roku, prace Suśruty nie doczekały się przekładu na łacinę. Zanim Brytyjczycy wkroczyli do Indii w XVIII wieku, zachodni uczeni nie byli nawet świadomi istnienia sanskryckich, starożytnych manuskryptów.

Dziedzina wiedzy, którą miał na nowo odkryć dla europejczyków Carpue, powstała zatem w dużej mierze dzięki wpływowi indyjskich uczonych. Londyński lekarz, wiedząc już częściowo, że to właśnie ten region świata jest kolebką chirurgii plastycznej nosa, zdecydował się po nieomal miesięcznym namyśle pomóc zrozpaczonemu przybyszowi z Gibraltaru. 23 października 1814 roku podjął się operacji, przy której przez cały czas utrzymywano w pomieszczeniu wysoką temperaturę, mającą imitować indyjski gorący klimat. Na początku XIX wieku, operacje były przeprowadzane bez znieczulenia, więc Carpuemu mieli pomagać dwaj asystenci: Sawre i Warren, których zadaniem było między innymi przytrzymywanie pacjenta. Ten nalegał jednak, żeby go nie trzymano przekonując, że „zachowa się po męsku”, mimo że ostrzegano go przed czekającym go ogromnym bólem. Choć współczesnym europejczykom przyzwyczajonym do znieczulenia nawet w trakcie wizyty u dentysty może być trudno w to uwierzyć, pacjent rzeczywiście nawet nie drgnął kiedy wycinano mu skórę z czoła. Przez nieomal cały czas jej trwania wynoszący dokładnie 37 minut, zachował całkowite milczenie. Carpue był tym bardzo zaskoczony i zaniepokojony. Praca w szpitalu przyzwyczaiła go do pacjentów, którzy nie mogąc korzystać z dorobku współczesnej anestezjologii krzyczeli, stękali i umierali z bólu. Cisza sprawiła, ze był pełen najgorszych przeczuć, lecz kiedy zbliżył się do niego aby zbadać oddech i puls pacjenta, oficer powiedział tylko: „Pan miał słuszność, operacja jest bardzo bolesna”. Po skończonym zbiegu nie był w stanie wstać o własnych siłach, więc zaniesiono go do pomieszczenia, w którym nieustannie palono w piecu. Oficer dzielnie znosił również tę niedogodność przez dłuższy czas, aż w końcu zaprotestował twierdząc, że jeżeli choć przez chwilę nie zaczerpnie świeżego powietrza, udusi się i umrze. Carpue przystał na żądanie i przekonał się, że chłód nie jest tak zabójczy jak początkowo przypuszczał. Procesowi gojenia towarzyszyły jeszcze liczne komplikacje i długo utrzymująca się opuchlizna, jednakże operacja ostatecznie zakończyła się powodzeniem. Po ośmiu miesiącach było już po wszystkim, a dzielny oficer mógł cieszyć się nowym nosem.

Kilka lat później, w styczniu 1815 roku, Joseph Carpue przeprowadził drugi podobny zabieg. Tym razem jego pacjentem był kapitan Latham, który stracił nos w bitwie pod Albusera w Hiszpanii. I tym razem operacja plastyczna nosa została zakończona sukcesem. Obydwa te przypadki zostały potem opisane w pracy Account of Two Successful Operations for Restoring a Lost Nose from the Integument of the Forehead wydanej w 1816 roku. Droga do popularyzacji wyników nie była łatwa, a londyński lekarz został doceniony przede wszystkim poza granicami swojego kraju, ale w przeciwieństwie do Tagliacozziego doczekał się on następców, do których można zaliczyć m. in. Carla Ferdinanda von Gräfe, szefa kliniki uniwersyteckiej w Berlinie, Johanna Friedricha Dieffenbacha, oraz Jacquesa Josepha. Uczeni ci rozwijali dalej dorobek Carpuego i poprzedzających go indyjskich uczonych, kładąc podwaliny dla współczesnej chirurgii plastycznej. Zanim jednak wiedza Suśruty na dobre przyjęła się na gruncie europejskim, musiały upłynąć ponad dwa milenia.

Źródła:

David Hamilton, A History of Organ Transplantation: Ancient Legends to Modern Practice, University of Pittsburgh Press, 2012, pp. 15–20. [https://books.google.pl/books/about/A_History_of_Organ_Transplantation.html?id=4uS1eem2SbMC] [dostęp: 08.03.2016]

Eisenberg I.,  A history of rhinoplasty, "South African Medical Journal", 1982 Aug 21, vol 9 issue 62, pp. 286-292. [http://archive.samj.org.za/1982%20VOL%20LXII%20Jul-Dec/Articles/02%20August/3.8%20HISTORY%20OF%20MEDICINE.A%20HISTORY%20OF%20RHINOPLASTY,%20I.Eisenberg.pdf] [dostęp: 08.03.2016]

Girish Dwivedi, Shridhar Dwivedi, Sushruta – the Clinician – Teacher par Excellence [http://medind.nic.in/iae/t07/i4/iaet07i4p243.pdf] [dostęp 07.03.2016]

Jürgen Thorwald, Stulecie Chirurgów, Kraków 2010, ss. 105-134.

Leslie Stephen, Dictionary of National Biography, 1901, pp. 169-170. [http://todayinsci.com/C/Carpue_Joseph/CarpueJosephBio.htm] [dostęp: 08.03.2016]

niedziela, 24 stycznia 2016

Zdumiewająca egzekucja


Do 1776 roku, w Polsce, podobnie jak w wielu innych krajach, tortury stanowiły zwyczajny i legalny środek używany zarówno do przesłuchań jak i karania przestępców. Repertuar sposobów zadawania cierpienia i śmierci był zatrważająco bogaty. Kaci w Europie znali dobrze swój fach, a pomysłów zdawało się im nigdy nie brakować. Jeden z najdziwniejszych sposobów wykonania egzekucji, który prawdopodobnie zaskoczyłby najkreatywniejszych wśród "mistrzów małodobrych", nie był jednak dziełem egzekutora-geniusza, lecz wynikiem pechowego przypadku.

Skazanym, który miał nieszczęście stać się ofiarą osobliwej egzekucji był żyjący w XVI wieku Mikołaj Hintze ulubiony błazen księcia szczecińskiego Jana Fryderyka. Hintze służył swojemu panu od najwcześniejszych lat dziecięcych. Na dwór trafił w wyniku pewnego zdarzenia ze swoich najmłodszych lat. Pewnego razu, jeszcze jako mały chłopiec, rozbawił Jana Fryderyka tym, że przywiązał sobie do pasa gęsi, których kazała mu pilnować matka. Mały Mikołaj za nic nie zamierzał przepuścić okazji, aby zobaczyć księcia wybierającego się na polowanie wraz z całą świtą. Jednocześnie nie chciał zaniedbać swoich obowiązków jako gęślarczyk. Wybrał więc pomysłowe rozwiązanie swojego dylematu. Janowi Fryderykowi spodobało się to na tyle, że zabrał go do Szczecina, gdzie uczynił Mikołaja swoim błaznem.

Hintze służył księciu przez około 20 lat. W tym czasie zapałał głęboką sympatią do swojego pana. Jan Fryderyk również bardzo polubił swojego sługę na tyle, że nadał mu dożywotnio jego rodzinną wieś, która odtąd nazwana była Hintzendorfem* (Sowno). Jak doszło zatem do tego, że wierny sługa został skazany na śmierć? Wszystko przez śmiałość błazna i ludowe przesądy dotycząca zdrowia. Pewnego razu, kiedy książę poważnie zachorował, Mikołaj zasłyszał gdzieś, że najlepszą metodą leczniczą jest przestraszenie chorego. Działając w dobrej wierze, zepchnął więc niespodziewanie księcia do fosy kiedy ten przechodził przez most. Trzeba pamiętać, że w czasach, w których medycyna w dzisiejszym tego słowa znaczeniu praktycznie nie istniała, było to bardzo niebezpieczne dla zdrowia Jana Fryderyka. Prócz stworzenia zagrożenia dla życia swojego pana, do przewin Mikołaja należy oczywiście dodać niebywale wręcz zuchwały przypadek znieważenia majestatu księcia.

Mikołaj Hintze został potraktowany z całą surowością. Wtrącono go do lochu. Następnie odbył się proces, w którym został on skazany na śmierć. Jan Fryderyk, mimo wszystko nie chciał uśmiercać swojego ulubionego sługi i postanowił, że jedyną karą dla Mikołaja będzie publiczna drwina. W dniu egzekucji, Mikołaj z duszą na ramieniu złożył głowę na pniu. Pokazano mu katowski miecz. Wyrok odczytano. W  międzyczasie kat niepostrzeżenie zamienił narzędzie egzekucji na grube pęto kiełbasy. Mimo tego, cios który spadł na kark Mikołaja okazał się... śmiertelny. Przyczyną zgonu był prawdopodobnie potężny stres.

Jan Fryderyk odczuwał ogromne wyrzuty sumienia, gdyż chcąc nie chcąc, przyczynił się do śmierci swojego przyjaciela. Chcąc uczcić pamięć wiernego sługi, rozkazał przewieźć zwłoki Mikołaja do jego rodzinnej wsi, gdzie został on pochowany. Nad grobem wybudowano wysoki na sześć stóp pomnik, na którym znajdowała się podobizna Mikołaja Hintze oraz łaciński napis głoszący: "Sic caput manus gestus Hinzius haud mirum morio totus est" co oznacza: "Oto głowa Hinziusa ręką żartobliwą w sposób niezwykły życia pozbawiona". Tablica pamiątkowa zachowała się do dnia dzisiejszego i znajduje się obecnie w kruchcie kościoła św. Marii Magdaleny w Sownie.

Źródła:

Agata Stankiewicz, Tajemince Hinzendorf zwanego Sownem oraz Friedrichswalde zwanego Podlesiem, 2012 [http://kochamszczecin.pl/index.php/okolice/150-tajemnice-hinzendorf-zwanego-sownem-oraz-friedrichswalde-zwanego-podlesiem] [22.01.2016]

Andrzej Łyjak, Dawne narzędzia kar i tortur, Kraków 1998.

Zygmunt Boras, Książęta Pomorza Zachodniego, Poznań 1978, ss. 248-249.


* Dorf to z niemieckiego "wieś".

piątek, 25 grudnia 2015

Jak brzmi śpiew grzybów?



Jak brzmi śpiew grzybów? Wbrew temu co można by pomyśleć, nie jest to pytanie postawione przez jednego z uczestników psychodelicznej, hippisowskiej kontrkultury lat 60' XX wieku. Zadał je sobie urodzony w Pradze czeski kompozytor i jednocześnie mykolog – Václav Hálek, który szerszy rozgłos zyskał dlatego właśnie, że utrzymywał, iż wiele jego kompozycji było inspirowanych grzybami. Bynajmniej, nie chodzi tu o gatunki zawierające substancje psychoaktywne. Muzami Václava Háleka bywały między innymi borowik szlachetny (boletus edulis), koźlarz grabowy (leccinum griseum) czy też goryczak żółciowy (tylopilus fellus).

Hálek był aktywnym członkiem czeskiego towarzystwa mykologicznego i miał rozległą wiedzę na temat grzybów. W jednym ze swoich projektów, połączył obydwie swoje pasje: grzyby i muzykę. W 2002 roku wydano opracowany przez niego atlas grzybów, zatytułowany Hudební atlas hub I. Hřiby, do którego dołączono płytę CD (pt. Jak zpívají houby) zawierającą 42 krótkie utwory, z których każdy poświęcony jest jednemu gatunkowi grzyba. Hálek stworzył zatem muzyczną ilustrację dla grzybów, dzięki czemu szerokie grono czytelników mogło zapoznać się z odpowiedzią na jakże interesujące pytanie, które zadał sobie czeski kompozytor.

Hálek zwykł mawiać, że w czasie spacerów po lasach i parkach, grzyby do niego "śpiewają". Twierdził, że słyszy ich muzykę. Sam zaś spisywał tylko melodie w noszonym zawsze przy sobie zeszycie w pięciolinię. Nie wiadomo czy kompozytor rzeczywiście doznawał słuchowych omamów, których wyzwalaczem były grzyby. Jego wypowiedzi równie dobrze można potraktować metaforycznie. Znaczyły by one wtedy po prostu, że grzyby stanowią dla Václava Háleka ważną inspirację.

Niezwykły wybór muzy, sprawia że grzyby są mocno uwypuklanym wątkiem w sztuce Háleka. Wiadomo jednak, że za natchnienie służyły Czechowi również drzewa, kwiaty, pieśni ludowe, łacińska poezja, teksty liturgiczne, ludzkie głosy, a także religijne i duchowe przekonania kompozytora. Nie jest zatem tak, że Václav Hálek był postacią zafiksowaną na jednym temacie. Nie sposób jednak nie zauważyć, że "grzybowe kompozycje" stanowią bardzo częsty i równie niezwykły motyw w muzyce czeskiego mykologa-kompozytora.

Źródła:

Andy Letcher. 2008. Shroom: A Cultural History of the Magic Mushroom. Harper Perennial

http://www.discogs.com/V%C3%A1clav-H%C3%A1lek-Hudebn%C3%AD-Atlas-Hub-I-H%C5%99iby-Jak-Zp%C3%ADvaj%C3%AD-Houby/release/6108644 [24.12.2015]

https://cs.wikipedia.org/wiki/V%C3%A1clav_H%C3%A1lek [24.12.2015]

https://www.youtube.com/watch?v=pEEgCQJ0Gck [24.12.2015]

czwartek, 19 listopada 2015

Afrykańscy niewolnicy w nowożytnej Rzeczypospolitej



Przemyśl. Początek XVII wieku. Polski szlachcic znany ze swojego hulaszczego trybu życia – Andrzej Fredro, wkracza do miasta wraz ze swoją świtą niosąc utrapienie mieszkańcom. Towarzyszy jemu czarnoskóry jegomość ubrany w kontusz, noszący szablę przy boku. Przemyślanie wiedzą już, że w ciągu najbliższych dni na spokój nie ma co liczyć. Zdawać by się mogło, że obecność Afrykańczyka (i to jeszcze w stroju szlacheckim) w nowożytnej Rzeczypospolitej to wytwór wyobraźni pisarza reprezentującego nurt historical fiction. Potwierdzają to jednakże źródła historyczne. Wzmianka o czarnoskórym towarzyszu ekscesów i burd Andrzeja Fredry znajduje się w przemyskich aktach grodzkich z 1624 roku. Polska nie posiadała nigdy zamorskich kolonii*. Mimo tego, w kraju nad Wisłą można było spotkać Afrykańczyków, którzy podobnie jak w innych częściach Europy (oraz w zamorskich koloniach założonych przez Europejczyków) mieli najczęściej status niewolników.

Pierwsze wzmianki o Afryce, przywędrowały na tereny Polski już w czasach powstania kraju. Częściowo przyczyniło się do tego przyjęcie przez Mieszka I chrztu w 966 roku. Wraz z chrześcijaństwem, w Rzeczypospolitej upowszechniło się Pismo Święte, które choć dostępne tylko dla nielicznych, z pewnością wywarło wpływ na postrzeganie kontynentu afrykańskiego w Polsce. W Starym Testamencie można odnaleźć wzmianki o pojawieniu się czarnego człowieka na świecie. Według Biblii, pierwszym czarnoskórym był Cham – trzeci syn Noego, który został ukarany za złe zachowanie względem pijanego ojca. Karą było spalenie przez słońce, które na zawsze zmieniło barwę skóry Chama. Najwcześniejszych wzmianek o czarnoskórych ludziach nie sposób uznać za przychylne, ale biblijny wątek Chama nie był szczególnie podkreślany w ówczesnym chrześcijaństwie, którego stosunek do Afrykańczyków wcale nie był jednoznacznie negatywny. Z przyjęciem nowej religii państwowej związany jest inny ważny i tym razem pozytywny przykład czarnoskórej osoby. Włócznia św. Maurycego, której kopię Otton III podarował Bolesławowi Chrobremu, była relikwią po dowódcy Legii Tebańskiej, który swój status świętego zawdzięcza męczeńskiej śmierci z rąk pogan. Według tradycji, św. Maurycy miał ciemną skórę.

Przez setki lat Afryka była w świadomości mieszkańców terenów Rzeczypospolitej tajemniczą krainą z legend, niebezpiecznym lądem pełnym dziwacznych bestii, dzikich plemion i magii. Przerażała i jednocześnie fascynowała. Stanowiła miejsce zamieszkiwane przez dostojnych czarnoskórych świętych i równie ciemnych demonów. Wyraz niektórych z tych tendencji w myśleniu o Afryce można odnaleźć w pierwszym obszerniejszym opisie Czarnego Lądu autorstwa Marcina Bielskiego. W swojej Kronice wszystkiego wydanej w 1551 roku pisze on tak: 
"Połowica pustej, częścią dla wielkiego gorąca, częścią też dla zwierząt jadowitych, które się tam rodzą na pustyniach, jako są lwowie, wsłoniowie, bazyliszkowie, kokodryle, pardowie, małpy, osłowie rogaci i rozmaity naród smoków, takież wężów, które całe lato nie piją, bo tam wody nie masz lada gdzie, przeto są jadowite jako piszą, iż tam więcej ludzi zemrze jadem zwierzęcym niż wrzodem, a śmiercią przyrodzoną, zwłaszcza gdzie torrida zona w pośrodku Afryki. Przeto ta część świata nie była dobrze znajoma pierwej starym kosmografom przez wielkie pustynie, aż dzisiejsi żeglarze lepiej przewidzieli."
Wraz z nadejściem XVI wieku, powstawało coraz więcej opisów Afryki, lecz nigdy nie doszło do radykalnego przewartościowania wizji tego kontynentu. Oprócz wizji średniowiecznych zaczęły coraz częściej dominować wątki "dzikich murzyńskich plemion" praktykujących kanibalizm oraz "Murzynów-niewolników" – ludzi leniwych i nienadających się do pracy, ani samodzielnego stworzenia państwa czy też sprawowania władzy. Już nieco później, bo w czasach Oświecenia, do repertuaru afrykańskich mitów dołączył też tzw. "szlachetny dzikus". Koncepcja ta, rozpowszechniona przede wszystkim przez Jeana Jacuba Rousseau, opisywała ludzi nieskażonych przez cywilizację. Mieli oni być prymitywni i nieco dzicy, lecz w gruncie rzeczy dobrzy. Przez bardzo długi czas obecność Afryki w Polsce ograniczała się do opisów dalekich krain. Zmieniło się to wraz z nadejściem baroku, a z nim nastaniem mody na egzotykę.

Wtedy właśnie na polskich dworach przyjął się zwyczaj przebierania się za Murzynów. Miało to miejsce nie tylko w trakcie karnawałów, ale również w czasie trwania ważnych uroczystości, zarówno świeckich jak i kościelnych. Sprowadzano "egzotyczne" przedmioty oraz zwierzęta. Zaczęto też kupować afrykańskich niewolników. W przeciwieństwie do kolonialnych potęg używających czarnej ludności Afryki przede wszystkim jako taniej siły roboczej, polska szlachta (a także władcy oraz duchowieństwo) traktowała czarnych niewolników raczej jako ciekawostkę lub też osobliwość mogącą zaszokować otoczenie. Tanią siłę roboczą pozyskiwano natomiast na leżących na wschodzie tzw. "Dzikich Polach". Czarnoskóry towarzysz Andrzeja Fredry, o którym wspomniano w pierwszym akapicie był zatem towarzyszem zabaw szlachcica-hulaki, ale równocześnie jego niewolnikiem.

Przypadków, w których czarni niewolnicy służyli zamożnym szlachcicom za coś w rodzaju drogich zabawek było więcej. Podczaszy i chorąży wielki litewski Hieronim Radziwiłł wymieniał w swoim diariuszu noszącym tytuł: "Rzeczy, którymi najgodniejszego mogę zabawić gościa będącego w domu moim (do jakiego zaś czasu pomiarkuje czytając łaskawy czytelnik)" między innymi "róg rynceroża samca, zęby słoniowe 4, krokodyl całkowito zasuszony, żebro wielkoluda, mumia egipska całkowita w swej trumnie i ubiorze, jak dla nas srodze do oka dziwacznym, a prawdziwym jak w ich kraju stroją i stroili trupy balsamowane". W 1752 roku Hieronim dołączył do listy 12 afrykańskich niewolników zakupionych w Londynie za sumę 2000 złotych. Wzmianka o tym wydarzeniu znajduje się w Archiwum Głównym Akt Dawnych w Warszawie.

Jan III Sobieski posiadał z kolei czarnoskórego lokaja noszącego miano Józef Holender. W dzień po słynnej odsieczy wiedeńskiej czyli 10 października 1683 roku, pisał z żalem w liście do Marysieńki: "Mnie prawie wszyscy chłopcy poginęli. Golański onegdy z choroby umarł. Murzyna Józefa Holendra Turcy, w ręku już mając go, ścięli. Miałem także Węgrzynka, co kilka języków umiał; i ten zginął...". Obraz przedstawiający Józefa Holendra przetrwał do dzisiejszych czasów i znajduje się w pałacu w Wilanowie.  

W czasie wertowania historycznych źródeł opisujących służbę złożoną z Afrykańczyków należy uważać, żeby nie popełnić błędu. Moda na egzotykę powodowała, że władcy oraz szlachta niejednokrotnie przebierali swoich poddanych za Murzynów. W niektórych przypadkach nie można mieć pewności czy "Murzyni" rzeczywiście byli czarnoskórymi niewolnikami z Afryki. Nie ma jednak wątpliwości, że wśród służby pracującej na dworze samego króla Stanisława Augusta Poniatowskiego był niejaki Jean Ledoux – czarnoskóry sługa, który (jak wskazuje jego imię) został sprawdzony z Francji. Został on nawet uwieczniony na jednym z obrazów  Canaletta z 1793 roku.

Trudno jest z dzisiejszej perspektywy oceniać powszechną modę na kupowanie niewolników z Afryki. Według współczesnych nam standardów, ludzie tacy jak Józef Holender czy też Jean Ledoux byli uprzedmiatawiani i traktowani nie jak ludzie, lecz jak ciekawe eksponaty, dzięki którym można zabłysnąć w towarzystwie. Trudno jednak nie zauważyć, że w porównaniu do tego co czekało czarnych niewolników z Afryki, których sprzedawano na plantacje do tzw. "Nowego Świata", ich los był nieporównywalnie lepszy. Nie należy z tego wnosić, że lepsze traktowanie czarnej ludności na terenie Rzeczypospolitej wynikało z bardziej rozwiniętych standardów etycznych. Były one w Polsce bardzo podobne do tych ogólnie panujących w Europie. Różnica polegała raczej na tym, że Afryka była dla mieszkańców Rzeczypospolitej krainą dużo bardziej odległą, niż dla Hiszpanów czy też Anglików. Wizja Afryki jako krainy nieomal mitycznej utrzymała się z resztą w Polsce jeszcze bardzo długo. Oskar Kolberg w trakcie swoich słynnych badań zanotował opis Czarnego Lądu jaki zasłyszał w XIX wieku w jednej z podkrakowskich wsi:
"Za Polską są różne kraje, Węgry, Prusacy, Szwedy, Luteriany i Niemce rozmaite, Talijany z Pigmontem królem, Francuzy, wreszcie nie ochrzczone Turki i Jameryka, bogata w złote góry. Za tymi krajami jeszcze dzikie kraje i kraje cieplice, do zachodu słońca odwrócone. Za cieplicami są krańce świata; tam mieszkają dzikie ludy niedowiarki, co nie mówią, tylko kwiczą. Mają one gospodarstwo swoje, lecz dopiero o 6 godzinie wieczór do roboty wstają; w dzień nie mogą robić, bo ich słońce pali. Ci ludzie mają okropne stopy u nóg; jak o 6 godzinie wyjdą z domów jeszcze jest gorąco bardzo, więc który jest starszy, to się gdziebądź przewróci i stopami kieby łopatami nakryje głowę, aby mu słońce niedopiekało. Mają oni tylko jedno oko, ale na wylot głowy, że z przodu i z tyłu wiedzieć mogą zarówno dobrze. Za temi krajami od kościołów św. Jakóba i Bernata, to już widać kominy od piekła, co niby jak straszne góry wyglądają [...]"
Lepsze warunki życia Afrykańskich niewolników w Polsce wynikały raczej z tego, że byli oni postrzegani jego bardziej egzotyczni niż to miało miejsce w kolonialnych imperiach, z ich stosunkowo wysokiej ceny oraz z faktu, że polscy władcy (a także szlachta) pozyskiwali tanią, przymusową siłę roboczą z terenów znacznie im bliższych. Oczywiście w innych krajach, również tych posiadających rozległe kolonie, istnieli czarnoskórzy niewolnicy pełniący funkcje paziów, lecz nie sposób ukryć, że najczęściej trafiał im się los znacznie gorszy niż bycie ciekawostką na dworze władcy.


*Kwestia ta jest nieco kontrowersyjna. Rzeczypospolita będąca w erze nowożytnej liczącym się mocarstwem, otrzymywała wiele propozycji kolonialnych. Większość z nich nie doszła nigdy do skutku, jednakże kilka z nich doczekało się realizacji. Przykładowo, pewnego razu doszło do tego, że książę Kurlandii – Jakub Kettler, będący ówcześnie lennikiem Polski, zakupił ziemię na terenie dziesiejszej Gambii. W nieco późniejszych czasach, bo w latach 80' XIX w. Stefan Sztolc-Rogoziński zorganizował ekspedycję do Kamerunu gdzie udało mu się zająć ok. 100 kilometrów kwadratowych terenu. Mimo, że Rzeczypospolitej nie było wtedy na mapach Europy, polskość całego przedsięwzięcia mocno podkreślana przez jej inicjatora oraz jego zwolenników, wśród których znajdował się m. in. Stanisław Staszic. Najsłynniejszym chyba przypadkiem próby założenia kolonii przez Polaka było zajęcie Madagaskaru przez hrabiego Beniowskiego. Przez krótki czas hrabia sprawował tam urząd cesarza. Nie można zatem powiedzieć, że Polska nigdy nie posiadała absolutnie żadnych kolonii. Niemniej skala zjawiska jest nieporównywalnie mniejsza niż w przypadku krajów takich jak Francja, Hiszpania, Portugalia czy też Belgia. 

Źródła:

Maciej Ząbek, Ciągłość i zmiany w polskich obrazach Afryki w kontekście europejskim, [w:] Arkadiusz Żukowski (red.), Forum Politologiczne – Tom 3: Kontakty polsko-afrykańskie. Przeszłość, teraźniejszość, przyszłość, Olsztyn 2006, ss. 39-100.
[http://cejsh.icm.edu.pl/cejsh/element/bwmeta1.element.desklight-a24947ec-7edd-4d73-bab9-570476858b32/c/03-02.pdf] [19.11.2015]

Jakub Braua, Niewolnicy Rzeczypospolitej, "Newsweek" 2003, 14 września.
[http://polska.newsweek.pl/niewolnicy-rzeczypospolitej,21995,1,1.html] [19.11.2015]

Piotr Rogala, Polska na koloniach, "Fokus Historia" 2008, 7 maja. [http://niniwa22.cba.pl/polska_na_koloniach.htm] [19.11.2015]

Dariusz Kołodziejczyk, Czy Rzeczpospolita miała kolonie w Afryce i Ameryce? [http://niniwa22.cba.pl/kolodziejczyk_kolonie_w_afryce.htm] [19.11.2015]

Kazimierz Wójcicki, Archiwum domowe do dziejów i literatury krajowej z rękopisów i dzieł najrzadszych zebrał i wydał Kaz. Wł. Wojcicki, Warszawa 1856, s. 12.

Artur Domosławski, Kapuściński Non-fiction, Warszawa 2010, ss. 411-415.

Stary Testament, Księgi Mojżeszowe I, IX, 22-25.

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/4/49/Election_of_Stanis%C5%82aw_August_Poniatowski.jpg [19.11.2015]

niedziela, 4 października 2015

Matka-Ziemia: Gaja czy Medea? Część II.



Jednym z najbardziej spektakularnych przykładów ilustrujących medejskie właściwości życia, o których wspominano w poprzedniej części, jest okres globalnego zlodowacenia planety wywołany przez działalność organizmów żywych, nazywany "epizodem Ziemi-śnieżki" (snowball Earth episode). To czas w historii naszej planety, w której była ona zamarznięta od bieguna do bieguna. Musiała zatem wyglądać z kosmosu jak wielka kula śniegu. Obecnie większość paleontologów i paleoklimatologów zgadza się, że epizod taki, w swojej łagodniejszej formie, rzeczywiście mógł mieć miejsce. Niektórzy z nich twierdzą, że nasza planeta przeszła nie tylko względnie łagodny "epizod Ziemi-śnieżki" (snowball Earth), lecz nawet dużo bardziej radykalne zmiany nazywane epizodem "Ziemi-kuli lodowej" (iceball Earth). W słabszej wersji hipotezy, zakłada się, że lodowce dotarły w okolice równika, lecz nie zajmowały całej powierzchni globu. Według wersji silniejszej, zamarznięciu uległy wszystkie oceany na całej planecie, tworząc nawet kilkukilometrową warstwę lodu, pod którą jedynie kriofilne glony i organizmy uzależnione od oceanicznych kominów termalnych były w stanie przeżyć. Fakt wystąpienia silniejszej formy zlodowacenia jest jednak przedmiotem kontrowersji gdyż nie wszystkie zaobserwowane fakty pasują do takiego obrazu rzeczywistości. Model iceball Earth nie przewiduje występowania interwałowych ociepleń temperatury panującej na Ziemi w trakcie zlodowacenia. Wiadomo natomiast, że takowe miały miejsce.

Być może w przyszłości naukowcy rozwiążą i ten problem. Do tej pory poglądy społeczności uczonych zmieniały się na korzyść teorii opisujących występowanie lokalnych oraz globalnych okresów silnego obniżenia średnich temperatur. Jeszcze do drugiej połowy XIX wieku, nie zdawano sobie sprawy z tego, że w ogóle jakiekolwiek zlodowacenia miały miejsce. Pierwszym, który zorientował się jak wiele cech topograficznych terenu da się wyjaśnić obecnością lodowca śródlądowego był przyrodnik Louis Agassiz. Wyrażał on pogląd, że na Ziemi doszło do jednego lub więcej zlodowaceń. Środowisko naukowe z wolna przekonywało się do jego koncepcji. Upłynęło jednak wiele czasu zanim zdano sobie sprawę z zasięgu zlodowaceń. Materiał dowodowy świadczący o tym, że epoki lodowcowe występowały i miały niekiedy bardzo daleki zasięg, zbierano stopniowo na całym świecie. W 1934 roku Oskar Kulling zaprezentował dowody na silne zlodowacenie w neoproterozoiku mające bardzo rozległy geograficznie charakter. Nieco później, w 1949 roku, Douglas Mawson pisał o zlodowaceniu w prekambrze, które określił jako "prawdopodobnie najsilniejsze w całej historii Ziemi." W trakcie konferencji paleoklimatycznej mającej miejsce w 1963, hipoteza Ziemi-śnieżki została jednak wyśmiana. Jej powrót umożliwiło dopiero odkrycie dokonane w 1987 roku, kiedy to Joe Kirschvink wręczył swojemu podopiecznemu pewną skałę potrzebną do badań prowadzonych w ramach pracy dyplomowej. Okazało się (ku zaskoczeniu Kirschvinka), że nosi ona ślady epoki lodowcowej. Według ówczesnej wiedzy, skała pochodziła z terenów nigdy nie dotkniętych zlodowaceniem. Odkrycie zainspirowało naukowców do rozpoczęcia nowych badań. Stosunkowo niedawno, bo w latach 90' XX w., w ich wyniku rozwinęła się teoria Ziemi-śnieżki.

Jaka była jednak w tym wszystkim rola organizmów żywych? W jaki sposób przyczyniły się do globalnego zlodowacenia? Jak się okazuje, odgrywały one kluczową rolę w procesie oziębiania Ziemi. Wielokrotnie w historii naszej planety, rośliny (a wcześniej inne organizmy przeprowadzające fotosyntezę) doprowadzały do wyjałowienia atmosfery z dwutlenku węgla – jednego z najważniejszych gazów cieplarnianych. Gwałtowny rozrost flory wykorzystującej proces fotosyntezy, doprowadzał do osłabienia efektu cieplarnianego (greenhouse effect) i powstania jego przeciwieństwa (icehouse effect). Icehouse effect polega na tym, że w wyniku obniżenia się temperatury na powierzchni Ziemi, czapy lodowe na biegunach ulegają powiększeniu. W efekcie zwiększa się też albedo czyli stosunek energii słonecznej pochłoniętej przez planetę do tej przez nią odbitej. To z kolei prowadzi do jeszcze większego obniżenia się temperatury, a to do zwiększenia powierzchni czapy lodowej i tak dalej... Jest to pozytywne sprzężenie zwrotne, o którym wspomniano w pierwszej części wpisu poświęconego hipotezie Medei. Pewnego razu, kiedy organizmy żywe zapoczątkowały jego powstanie, proces zaszedł tak daleko, że Ziemia doświadczyła ekstremalnego wychłodzenia.  W jego wyniku nieomal doszło do sterylizacji naszej planety, której żaden hipotetyczny obserwator znajdujący się wtedy w kosmosie nie mógłby nazwać "zieloną".

Jakie wnioski możemy dzisiaj wyciągnąć na podstawie wiedzy osiągniętej dzięki badaniom nad historią Ziemi? Wiemy, że życie nie zawsze oddziałuje na ziemski ekosystem tak, by warunki stawały się coraz lepsze dla organizmów żywych lub przynajmniej nie ulegały pogorszeniu. Pozwala to nam uświadomić sobie, że pozostawienie natury samej sobie nie zawsze musi doprowadzić do stabilizacji ekosystemu. Powiedzenie "natura zawsze sobie jakoś poradzi" nie jest niestety prawdziwe. Wprawdzie do tej pory nie doszło do całkowitej eksterminacji życia na naszej planecie, ale kilka razy niewiele brakowało, aby tak się stało. Obojętnie czy niekorzystne dla nas zmiany zostały zapoczątkowane przez czynniki nie mające z życiem nic wspólnego, czy też przez organizmy żywe (w tym ludzi), czasami może się okazać, że jedynym środkiem mogącym je zatrzymać jest aktywna interwencja człowieka. Być może nie zawsze jest ona możliwa. Nasze zasoby i wiedza są wszakże ograniczone. Nie można jednak wykluczyć możliwości, że to homo sapiens będzie musiał aktywnie działać na rzecz zatrzymania niekorzystnych dla niego zmian w ekosystemie.

Źródła:

Eurypides, Medea, Kraków 1931. [https://wolnelektury.pl/media/book/pdf/medea.pdf] [05.07.2015]

Peter Ward, Hipoteza Medei. Czy życie na Ziemi dąży do samounicestwienia?, Warszawa 2010.

F.A. Macdonald, M.D. Schmitz, J.L. Crowley, C.F. Roots, D.S. Jones, A.C. Maloof, J.V. Strauss, P.A. Cohen, D.T. Johnston, D.P. Schrag, Calibrating the cryogenian, "Science" 2010, Vol. 327, Issue 5970, pp. 1241-1243.

W. Brian Harland, Origins and assessments of snowball Earth hypotesis, "Geological Magazine", 2007 June, Vol. 144, Issue 4, pp. 633-642.

http://www.snowballearth.org [05.07.2015]

http://ichef.bbci.co.uk/naturelibrary/images/ic/credit/640x395/s/sn/snowball_earth/snowball_earth_1.jpg [05.07.2015]

https://en.wikipedia.org/wiki/Medea#/media/File:Eug%C3%A8ne_Ferdinand_Victor_Delacroix_031.jpg [05.07.2015]

niedziela, 20 września 2015

Matka-Ziemia: Gaja czy Medea? Część I.


Według mitologii greckiej, życie na Ziemi miało swój początek u bogini Gai. Bywała ona przedstawiana nie tylko jako matka, lecz również jako personifikacja życia. Gaja jest znana jako dobra, troskliwa rodzicielka, która nie pozwoliłaby uczynić krzywdy swoim dzieciom. W dzisiejszych czasach mit o Gai został użyty do zobrazowania pewnego poglądu na ekosystem ziemski, według którego organizmy żywe zamieszkujące Ziemię zmieniają warunki na niej panujące tak, aby były one dla nich samych bardziej przyjazne. Taki obraz życia zaproponował w 1979 roku naukowiec i specjalista od ekologii (zwłaszcza od atmosfery) James Lovelock. Teoria została zaprezentowana w książce Gaia: A New Look at Life on Earth. Czy jest ona jednak poprawna? Być może przeciwna wizja ma więcej wspólnego z rzeczywistością, a ekosystemy częściej przyczyniają się do swojej własnej zagłady niż rozwoju?

Tak właśnie sądzi m. in. amerykański paleontolog, astrobiolog i ekspert z zakresu nauk o Ziemi – Peter Ward. Podobnie jak Lovelock, sięgnął on do mitologii greckiej w poszukiwaniu metafory, która mogłaby zobrazować jego poglądy. Tytuł jego książki Medea Hypotesis nawiązuje do imienia jednej z najgorszych matek znanych starożytnym Grekom. Medea była żoną słynnego argonauty Jazona, zdobytą przez niego podstępnie przy pomocy czarów. Kiedy Jazon powrócił ze swojej wyprawy po złote runo, czar prysł, a Medea w akcie zemsty za uwiedzenie zabiła dwójkę ich wspólnych dzieci. Przeszła więc do historii jako dzieciobójczyni.

Zarówno dla hipotezy Medei jak i hipotezy Gai (mowa tutaj o naukowej wersji tej ostatniej) kluczową rolę odgrywa wywodzące się z cybernetyki pojęcie "sprzężenia zwrotnego". Owo sprzężenie może być pozytywne lub negatywne. Pozytywne sprzężenie zwrotne oznacza w tym wypadu, że organizmy żywe zaczynają zmieniać świat dookoła siebie. Zmiany te z kolei oddziałują na organizmy w taki sposób, że zaczynają one jeszcze bardziej przyspieszać owe procesy zmian. Może to łatwo doprowadzić do destabilizacji warunków panujących na Ziemi, a co za tym idzie – do katastrofy na niebywałą skalę (z masowym wymieraniem gatunków włącznie). Negatywne sprzężenie zwrotne oznacza, że organizmy żywe mają hamujący wpływ na potencjalnie destabilizujące procesy. Według hipotezy Medei, darwinowski charakter życia powoduje, że to pozytywne sprzężenia zwrotne występują częściej niż negatywne. Dla zwolenników hipotezy Gai jest właśnie na odwrót.

Zdefiniowanie hipotezy Gai jako koncepcji, według której życie jest czynnikiem wywołującym negatywne sprzężenie zwrotne przy procesach zmian w ekosystemie jest oczywiście uproszczeniem. Przybiera ona bowiem wiele postaci, z których nie wszystkie mają charakter naukowy. Lovelock ogłosił swoją koncepcję pod koniec lat 70' XX wieku, a więc krótko po tym, kiedy kontrkultura lat 60' XX w., na skutek inspiracji filozofią i religią Dalekiego Wschodu przyswoiła sobie pro-ekologiczne, naturalistyczne i panteistyczne spojrzenie na świat. Dla wielu uczestników ruchu kontrkulturowego, koncepcja Ziemi jako samoregulującego się organizmu była nader kusząca. Została więc inkorporowana do wierzeń spod znaku Ery Wodnika. Te z odmian hipotezy Gai, którym bliżej do New Age'u niż nauki, będę w dalszej części tekstu pomijał. Należy pamiętać jednak o tym, że nawet po odrzuceniu tego typu odmian "hipotezy Gai", nie stanowi ona jednolitej koncepcji. Jest raczej grupą hipotez, według których biocenoza jest w stanie przynajmniej hamować zmiany niekorzystne dla rozwoju życia (silniejsze jej wersje, z których Lovelock się wycofał, uznają że organizmy żywe poprawiają panujące warunki na rzecz rozwoju życia).

Stanowisko "medejskie" można przedstawić krótko jako koncepcję, według której życie przyspiesza zmiany niekorzystne dla niego samego zagrażając swojej własnej egzystencji. Hipoteza Medei przewiduje, że aktywność organizmów żywych może bywać wręcz samobójcza. Peter Ward przytacza wiele przykładów na to, jak w historii naszej planety życie wielokrotnie nieomal doprowadzało do swojej własnej zagłady. Przekonuje, że stanowiło ono większe zagrożenie dla siebie samego niż erupcje wulkanów czy też zderzenia z asteroidami. Pierwszy taki przykład dotyczy pojawienia się na powierzchni Ziemi ok. 2,5 mld lat temu cyjanobakterii – nowych form życia zdolnych do efektywnego wykorzystywania fotosyntezy. Jej efektem ubocznym jest tlen, będący wtedy dla większości organizmów gazem zabójczym. Wbrew temu co przewiduje hipoteza Gai, nic nie powstrzymało cyjanobakterii przed dalszą produkcją tlenu, będącego ówcześnie śmiertelną trucizną. Wzrost stężenia O2 miał katastrofalne skutki dla żyjących w tamtych czasach organizmów. Działalność cyjanobakterii jest zatem ewidentnym dowodem na to, że życie przynajmniej raz przyczyniło się do zagłady gatunków na wielką skalę.

Kolejnym przykładem wspierającym hipotezę Medei jest działalność bakterii redukujących siarczany (sulphate reducing bacteria – SRB). Produktem odpadowym ich reakcji metabolicznych jest siarkowodór. W okresie 2-1 mld lat temu, oceany były go pełne w wyniku działalności SRB. Powstał wtedy specyficzny rodzaj akwenów nazywany oceanami Canfielda. Były to środowiska wodne nasycone rozpuszczonym siarkowodorem. Związek ten jest toksyczny dla bakterii potrafiących wiązać azot, niezbędnych dla rozwoju większych organizmów eukariotycznych (takich jak np. zwierzęta czy rośliny). Gdyby nie oceany Canfielda, biomasa, czyli ilość życia mierzona nie poprzez liczbę gatunków, lecz w oparciu o ilość materii organicznej, mogłaby być o wiele wyższa. Znów działalność organizmów żywych powstrzymała rozwój flory i fauny ziemskiej. Przykłady na podobny wpływ organizmów żywych na warunki panujące na Ziemi można mnożyć. Jeden z najbardziej spektakularny z nich zostanie opisany już niedługo w kolejnym wpisie poświęconym hipotezie Medei.

czwartek, 27 sierpnia 2015

Antydepresyjne właściwości błota?


"Byliśmy biedni, ale szczęśliwi" zapewne każdy słyszał to sentymentalne powiedzenie wyrażające tęsknotę za czasami ocenianymi jako dobre, mimo panującej ówcześnie kiepskiej sytuacji ekonomicznej. Dlaczego okresy niedostatku są niekiedy waloryzowane pozytywnie? Fenomen  ten można częściowo wytłumaczyć idealizacją czasów młodości. Czy jest w tym jednak coś więcej? Badania nad wpływem powszechnie występujących w glebie bakterii mycobacterium vaccae na układ serotoninowy szczurów sugerują, że być może do stworzenia wizji biednych, ale szczęśliwych czasów przyczynił się brud a ściślej mikroorganizmy żyjące w glebie.

Naukowcy zaobserwowali, że szczury, które nakarmiono bakteriami mycobacterium vaccae wytwarzały więcej serotoniny niż osobniki, których nie poddano wspomnianej diecie. Stwierdzono nawet, że w mózgach szczurów mających kontakt ze wspomnianymi bakteriami dochodziło do neurogenezy w obszarach związanych z układem serotoninowym. Oznacza to, że mycobacterium vaccae działały podobnie jak współczesne leki antydepresyjne. "Terapia" przekładała się na zachowanie szczurów. Osobniki mające kontakt z mycobacterium vaccae wykazywały zwiększoną odporność na stres. Lepiej radziły też sobie z pokonywaniem labiryntu, a także wytrzymywały dłużej  w czasie testu przymusowego pływania.

Badania nad związkiem pomiędzy spożyciem mycobacterium vaccae a odpornością na stres i depresję znajdują się w dość wczesnej fazie. Nie należy popadać zatem w przesadny entuzjazm. Nie jest pewne czy omawiane bakterie mają podobny wpływ na ludzi, a nawet jeśli tak jest, to trudno zdeterminować naturę takiego oddziaływania. Może się np. okazać, że kontakt z większą ilością bakterii wzmacnia układ immunologiczny, co w rezultacie daje większą odporność na stres. Wpływ byłby zatem niebezpośredni. Ma to znaczenie o tyle, że układu immunologicznego nie można wzmacniać w nieskończoność, ponieważ jego nadaktywność skutkuje niekiedy groźnymi chorobami autoimmunologicznymi. Istnieje jednak szansa, że większy kontakt z przyrodą (a konkretnie z glebą) rzeczywiście może mieć dobroczynne działanie, o którym dotąd nie wiedzieliśmy, podczas gdy życie w sterylnych warunkach może być wręcz szkodliwe.

Źródła:
Dirt exposure 'boosts happiness', BBC News. [http://news.bbc.co.uk/2/hi/health/6509781.stm] [25.08.2015]

Getting dirty may lift your mood,  University of Bristol News. [http://www.bristol.ac.uk/news/2007/5384.html] [25.08.2015] 

C.A. Lowry et al., Identification of an immune-responsive mesolimbocortical serotonergic system: Potential role in regulation of emotional behavior, "Neuroscience" 2007 May 11, vol. 146 issue 2, pp. 756-772. [http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC1868963/] [25.08.2015]

Dorothy M. Mathews, Susan M. Jenks, Ingestion of Mycobacterium vaccae decreases anxiety-related behavior and improves learning in mice, "Behavioural Process", 2013 Jun, vol. 96, pp. 27-35.

[http://www.freeimages.com/photo/playing-with-soil-1429926] [27.08.2015]