niedziela, 15 maja 2016

Jamajska kultura soundsystemowa


Co łączy hip-hopowe bitwy raperów, wzrost znaczenia roli DJa oraz inżyniera dźwięku kosztem muzyka-instrumentalisty, imprezy muzyczne pod gołym niebem i mobilne systemy nagłaśniające? Wszystkie te rzeczy czerpały inspirację z jamajskiej kultury soundsystemowej. Kreatywni mieszkańcy niewielkiej wyspy położonej na Karaibach wyprzedzili brytyjski rave, powstałą w Detroit scenę techno, chicagowski house, rap a także disco, tworząc praktyki muzyczne, nieobecne lub znacznie mniej rozwinięte w innych częściach świata.

Wszystko zaczęło się na przełomie lat 40' i 50' XX wieku. Okres ten opisuje się jako złotą erę mento
– gatunku muzycznego zyskującego ówcześnie ogromną popularność na Jamajce, stanowiącego połączenie afrykańskich i zachodnich tradycji muzycznych. Najlepszy czas dla mento był równocześnie początkiem jego końca. Lata 40' i 50' były bowiem okresem rozwoju technologii radiowej, dzięki której ci z mieszkańców Jamajki, którzy mogli sobie pozwolić na kupno radioodbiornika, mieli możliwość słuchania muzyki tworzonej w Stanach Zjednoczonych takiej jak rythm & blues oraz jazz. Gatunki te były znane na Karaibach już wcześniej. Przybyły one wraz z amerykańskimi żołnierzami, stacjonującymi m. in. na Jamajce w czasie II Wojny Światowej. Jednakże to właśnie dzięki upowszechnieniu się radia, zaczęły z wolna zyskiwać popularność wypierając przy tym mento kojarzone z biednymi, rolniczymi terenami.

Nie wszyscy Jamajczycy mogli sobie jednak pozwolić na zakup radia. Dodatkową przeszkodą było również to, że technologia nie była tak doskonała jak dzisiaj, a gorsza pogoda uniemożliwiała odbiór transmisji nadawanej np. z Nowego Orleanu. Koncerty jazzowe i rythm & bluesowe były drogie i nie odbywały się zbyt często. Apetyt Jamajczyków na amerykańską muzykę pozostawał w dużej części niezaspokojony. Niszę tę zapełniły dopiero tzw. "sound systemy". Ludzie tacy jak Clement Seymour "Sir Coxone" Dodd (Downbeat Sound System), Arthur "Duke" Reid (Duke Reid's the Trojan Sound System) oraz Tom Wong (Tom the Great Sebastian Sound System) zbudowali mobilne systemy nagłośnieniowe składające się z radia, gramofonu oraz możliwie najsilniejszych dostępnych kolumn głośnikowych sprowadzanych z USA lub budowanych na miejscu przez lokalnych elektryków.

Sound systemy stanowiły nowy rodzaj instytucji muzycznych skupiających: disc jockeyów, których rola przypominała nieco hip-hopowych lub drum & bassowych MCs, selektorów zwanych też operatorami*, organizatorów, promotorów, ochronę, ludzi sprzedających lokalne jedzenie i alkohol, ludzi wyspecjalizowanych w wyszukiwaniu i zdobywaniu muzyki (lokalnie lub z USA), inżynierów dźwięku, producentów itd. Sound systemy były samowystarczalnymi grupami ludzi organizującymi samodzielnie wydarzenia muzyczne odbywające się przeważnie pod gołym niebem.

Zdawać by się mogło, że muzyka skierowana do biedniejszych Jamajczyków nie wiązała się z dużymi pieniędzmi lub prestiżem. Wrażenie to jest jednak mylne. DJe byli kimś w rodzaju lokalnych celebrytów. Cieszyli się dużym szacunkiem i uznaniem. Dlatego też rola DJa uległa znaczniej dramatyzacji. Ubierano korony, płaszcze i inne atrybuty władzy. DJe niejednokrotnie nosili przy sobie broń. Były policjant, Arthur "Duke" Reid znany był z tego, że nosił w trakcie imprez: magnum kaliber .45 przy pasie i pistolet kalibru .22 przy kamizelce. Czasami dzierżył również naładowaną strzelbę. Obecność broni wiązała się z fascynacją amerykańską, czy też szerzej – zachodnią, popkulturą. W omawianym czasie na Jamajce wielką popularnością cieszyły się westerny, które oglądano w zorganizowanych pod gołym niebem prowizorycznych kinach. Mówi się, że wyświetlano je na cementowych ścianach, ponieważ publiczność niejednokrotnie "ubarwiała" spektakl strzelając z prawdziwej broni do postaci występujących w filmie.

Oprócz powszechnego uznania i prestiżu, sound systemy przynosiły niemały dochód ze sprzedaży jedzenia i alkoholu. Rywalizowały więc ze sobą, starając się na różne sposoby przyciągnąć do siebie publiczność. Duży nacisk kładziono na moc systemów nagłośnieniowych. W niedługim czasie zaczęły one przybierać postać całych ścian złożonych z kolumn głośnikowych, dzięki czemu sound systemy były w stanie dorównać, a nawet przewyższyć głośność koncertów na żywo. Duże emocje budziły "starcia" sound systemów. Polegały one na tym, że dwa z nich rozstawiano obok siebie, a publiczność oceniała, który sound system był lepszy pod względem głośności, jakości dźwięku, toastingu itd. Niektórzy sądzą, że to właśnie starcia soundsystemowe dały początek późniejszym rapowym bitwom.

Agresja i broń najczęściej były jedynie dekoracją. Zdarzało się jednak, że wykraczały one poza swoją funkcję decorum, a rywalizacja przybierała zgoła niepokojowe oblicze. Znane są przypadki, w których członkowie jednego sound sytemu straszyli gości uczestniczących w wydarzeniu organizowanym przez konkurencyjny sound system, niszczyli nagrania, sprzęt itd. Niektóre sound systemy zamieniały się wręcz w regularne gangi. Także współcześnie stanowią one na Jamajce bazę dla organizacji przestępczych. W 2009 roku, wojna która rozgorzała między sound sytemami powiązanymi z dwoma najpopularniejszymi na Jamajce DJami była tak poważna, że w sprawie interweniował sam premier tego kraju. Nie jest oczywiście tak, że przemoc jest w kulturze soundsystemowej czymś powszechnym. Problem ten dotyczy współcześnie przede wszystkim soundsystemów grających muzykę dancehall zlokalizowanych na Karaibach i w ich najbliższych okolicach. Szerzej rozpowszechniony na świecie odłam kultury soundsystemowej związany z nurtem Rastafari oraz muzyką roots reggae i dub cechuje się już zdecydowanie bardziej pokojowym nastawieniem.

Na bitwach (zarówno scenicznych jak i prawdziwych) oraz powiększaniu mocy sound systemów rywalizacja się nie kończyła. Od początku istnienia kultury soundsystemowej, na Jamajce trwał prawdziwy wyścig w staraniach o zdobycie najlepszych i trudno dostępnych utworów. Ważnym źródłem nowej muzyki były unikatowe nagrania niedostępne nawet dla radia, dostarczane sound systemom przez wytwórnie płytowe. Inną strategią stosowaną przez sound systemy było zatrudnianie ludzi specjalnie po to, by podróżowali do Stanów Zjednoczonych i przywozili stamtąd najlepszą muzykę jaką byli w stanie znaleźć. Etykiety na płytach winylowych często zamazywano, tak żeby konkurencja nie mogła podpatrywać tytułów. Ze względu na konieczność sprowadzania muzyki zza granicy, a także z racji słabo rozwiniętego lokalnego przemysłu muzycznego, ilość muzyki dostępnej dla sound systemów była ograniczona. Problem ten znalazł częściowe rozwiązanie na przełomie lat 60' i 70' wraz z powstaniem muzyki dub, która zagościła w kulturze soundystemowej obok rocksteady, ska oraz reggae. Twórcy dubu tacy jak Lee "Scratch" Perry czy też King Tubby zaczęli komponować nowe utwory na bazie starych, przerabiając w studio utwory reggae poprzez wycinanie i zapętlanie poszczególnych ścieżek, dodawanie efektów takich jak echo, pogłos itd. Stosowali więc zabiegi, które po pewnym czasie stały się fundamentem rodzącej się sceny elektronicznej muzyki tanecznej.

Praktyki muzyczne oraz sama muzyka powstała na Jamajce zawdzięczają swój światowy rozgłos fali emigracji z Karaibów do Wielkiej Brytanii mającej miejsce od lat 50'. Prawdopodobnie nie bez wpływu pozostawał też fakt sąsiadowania ze Stanami Zjednoczonymi. Dzisiaj trudno jest sobie wyobrazić jak wyglądałaby współczesna muzyka, gdyby jamajskie sound systemy nigdy się nie pojawiły. W Wielkiej Brytanii, przez długi czas producenci dubowi byli jedynymi ludźmi posiadającymi dużą wiedzę i doświadczenie w niestandardowej, eksperymentalnej obróbce muzyki. Bez nich gatunki takie jak np. post-punk czy trip-hop nie mogłyby powstać w takiej formie jaką znamy dzisiaj. Choć rola jaką odegrała muzyka jamajska nie zawsze jest rozpoznawana i doceniana, można pokusić się o stwierdzenie, że powstanie sceny soundsystemowej jest jednym z najbardziej doniosłych wydarzeń w historii współczesnej muzyki.

*Terminologia przyjęta w muzyce jamajskiej różni się nieco od tej stosowanej we współczesnych nurtach muzyki elektronicznej. DJ (disc jockey) to w muzyce jamajskiej osoba odpowiedzialna za kontakt z publicznością oraz "toasting" czyli dodawanie na żywo warstwy wokalnej. Selektor lub operator to ktoś puszczający muzykę. Poza nurtami jamajskimi osoby takie zwykle nazywa się odpowiednio: MC i DJ.

Źródła:

Carl Stanley, Looking back at Jamaica sound system history, (http://louderthanwar.com/looking-back-jamaicas-sound-system-history) (dostęp: 13.05.2016)

Christopher Patrige, Dub in Babylon. Understanding the Evolution and Significance of Dub Reggae in Jamaica and Britain from King Tubby to Post-punk, London, Oakville 2010, Equinox.

http://thebanginbeats.com/wp-content/uploads/2015/11/mobile-sound-systemrecord-dealer-jamaica-circa-1970.jpg (dostęp: 13.05.2016)

http://www.cbc.ca/m/touch/arts/story/1.835271 (dostęp: 13.05.2016)

środa, 9 marca 2016

Indyjska chirurgia plastyczna nosa


Do londyńskiego lekarza Josepha Constantine'a Carpuego, w październiku 1814 roku zapukał tajemniczy jegomość, którego środkową część twarzy zasłaniała czarna maska. Mężczyzna przybył aż z Gibraltaru z nietypową jak na XIX-wieczną Europę prośbą. Trzynaście lat wcześniej, wstąpił on do egipskiej armii gdzie zachorował na wątrobę. Ówcześni lekarze zalecili mu kurację rtęcią, która zniszczyła doszczętnie jego nos. Teraz w jego miejscu ziała szpecąca dziura. Poza oczywistymi problemami związanymi z deformacją twarzy, brak akurat tej części ciała przysparzał mu dodatkowych cierpień i wstydu. Wielu ludzi, którzy w tamtych czasach nie miało nosów, utraciło je przez syfilis. Ich brak kojarzył się powszechnie z rozwiązłym trybem życia. Borykający się z tym problemem tajemniczy przybysz, został poinformowany, że Carpue zajmuje się plastyką nosa. Była to prawda, aczkolwiek wieloletnie badania londyńskiego lekarza ograniczały się tylko do teorii. Nigdy nie przeprowadził on choćby jednej próby podjęcia tego typu operacji. Kiedy został więc poproszony o podróżnika z Gibraltaru o zrekonstruowanie nosa, stanął przed trudnym do rozwiązania dylematem.

Joseph Constatine Carpue po raz pierwszy zainteresował się plastyką nosa, po przeczytaniu artykułu wydanego w październiku 1794 roku w Gentelmen's Magazine. Tekst rozpoczynający się na 891 stronie, opisywał przypadek niejakiego Cowasjee – poganiacza bydła służącego w armii angielskiej w czasie wojny z sułtanem Tipu prowadzonej w 1792 roku. Ów nieszczęśnik został wzięty do niewoli gdzie obcięto mu ręce i nos. Tego typu okaleczenia stosowano jako karę w Indiach Wschodnich powszechnie. Rok później, indyjscy lekarze dokonali rekonstrukcji jego nosa, dzięki czemu twarz Cowasjee'a w dużym stopniu odzyskała swój dawniejszy wygląd. Artykuł opisywał procedurę rekonstrukcji:

„Cienką płytkę wosku dopasowuje się dokładnie do twarzy, tak że tworzy piękny nos, potem wyprostowuje się ją i przykłada do czoła. Kreśli się dokoła niej linię, potem już nie jest potrzebna. Operujący wycina tyle skóry, ile obejmuje linia, pozostawiając cienki pasek między oczyma. Ten pasek utrzymuje krążenie krwi tak długo, póki nie nastąpi połączenie nowych i starych części. Teraz wycina się resztki nosa i bezpośrednio pod tą nową częścią robi się nacięcia w skórze, biegnące pod skrzydełkami nosa wzdłuż górnej wargi. Zdziera się skórę z czoła i odwróciwszy ją, wkłada w nacięcie tak, że nos jest podwójnie umocowany, u góry, po bokach i u dołu pod przegrodą nosową, w nacięciu. Następnie zwilża się wodą nieco ziemi japońskiej i nakłada na szarpie, z pięć lub sześć takich opatrunków kładzie się jeden na drugim by zabezpieczyć zrośnięcie. Prócz tego przez pierwsze dni nie nakłada się żadnego opatrunku. Potem stosuje się opatrunek zanurzony w ghee, rodzaju masła. Wąski pasek skóry, utrzymujący połączenie z czołem przecina się dwudziestego piątego dnia... Pięć lub sześć dni po operacji pacjent musi leżeć na plecach, dziesiątego dnia w dziurki od nosa wsadza się tampony z miękkich szarpi, by je utrzymać należycie otwarte. Ta operacja udaje się zawsze. Sztuczny nos jest mocny i wygląda niemal tak pięknie jak każdy inny; także blizna na czole po dłuższym czasie staje się niewidoczna.”

Do tekstu dołączony był miedzioryt przedstawiający procedurę zabiegu. Zdawać by się mogło, że europejscy lekarze ochoczo zabiorą się za doskonalenie nowej techniki zaraz po lekturze. Prawda była zgoła inna. Carpue był jedynym londyńskim chirurgiem, który zainteresował się poważnie plastyką nosa. Przez następne dwadzieścia lat zbierał materiały na temat „indyjskiej metody”. Z powodów finansowych nie mógł on sobie pozwolić na podróż do Indii, gdzie mógłby przeprowadzić bezpośrednią obserwację technik używanych do rekonstrukcji nosa. Wysyłał więc listy i prosił rozmaitych ludzi: podróżników, kupców, oficerów o to, aby rozpytywali o interesujące go materiały i informacje. Udało mu się zdobyć obraz rozpowszechniany w Bombaju w styczniu 1795 roku, stanowiący dokładniejszą wersję miedziorytu wykorzystanego w Gentelmen's Magazine, na której widoczne były miejsca cięć wykonanych w czasie zabiegu przeprowadzanym na Cowasjee. Odnalazł też byłego dowódcę oddziału, w którym służył ów poganiacz bydła – podpułkownika Warda. Oficer opowiedział Carpuemu, że o możliwości zrekonstruowania nosa dowiedział się od handlarza ceratą, który wskazał oddaloną o 400 mil miejscowość, w której mieszkał sztukmistrz trudniący się tego typu zabiegami. Okazało się, że ten żyjący w Puna uczony był on wstanie doprawić Cowasjeemu nowy nos. Londyńskiemu lekarzowi udało się również dotrzeć do bezpośrednich świadków operacji. Niejaki doktor Barry, zrelacjonował, że jej czas wynosił 1,5h i że została ona wykonana przy użyciu starej, tępej brzytwy, którą trzeba było kilka raz ostrzyć w trakcie zabiegu. Dotarły do niego również doniesienia, jakoby już za czasów ojca sułtana Tipu – Hajdara Alego, w Indiach funkcjonował lekarz o nazwisku Lucas przeprowadzający podobne operacje. Jeszcze inne sprawozdanie wspominało o coomas – kaście ceglarzy z Hindustanu, której członkowie przeprowadzali zabieg rekonstrukcji nosa.

Carpue szukał doniesień o operacjach rekonstrukcji nosa również poza Indiami. W czasie swoich badań natrafił na wzmiankę o XVI-wiecznym włoskim lekarzu Tagliacozzim żyjącym w Bolonii w latach 1545-1599. W 1597 roku opisał on techniki rekonstrukcji nosa w swoim dziele noszącym tytuł De Curtorum Chirurgia per Insitionem. Libri Duo, który można przetłumaczyć jako „O chirurgicznym leczeniu okaleczeń metodą przeszczepu”. W przeciwieństwie do „metody indyjskiej”, Tagliacozzi pobierał skórę nie z czoła, lecz z ramienia i podobnie jak w Indiach, pozwalał płatowi skóry przyrosnąć do nosa zanim całkowicie odcinał go od miejsca pobrania. Bolończyk w swoich pracach inspirował się sadownictwem. Proces przyrastania skóry w nowe miejsce porównywał z przesadzonym drzewem zapuszczającym korzenie w nowej glebie. Skuteczność jego metody nie jest do końca jasna, gdyż w późniejszym czasie praca Tagliacozziego bywała potępiana, a część opisów była niesprawiedliwa dla włoskiego pioniera rekonstrukcji nosa. Po śmierci, jego ciało zostało pochowane w niepoświęconej ziemi, ponieważ z racji zajęcia jakim się parał uznano go za potępionego. Kościół rzymsko-katolicki uważał, że jego działania są „mieszaniem się w wyroki boże”. Co ciekawe, to właśnie potępiające opisy Tagliacozziego przyczyniły się do zachowania pamięci o nim. Jednym z nich jest sporządzone w 1612 roku podsumowanie działalności Tagliacozziego autorstwa Paula Zacchiasa będącego lekarzem papieża Innocentego X. Zacchias rozpatrywał kwestię tego, dlaczego operacja Tagliacozziego była dawniej legalna i dopuszczalna. W późniejszym czasie boloński lekarz został zrehabilitowany, i doczekał się nawet pomnika postawionego przez władze Bolonii, przedstawiającego go jako mężczyznę trzymającego w ręku nos. Tagliacozzi miał kontynuatora – Giovanniego Cortesi, lecz ten stosunkowo szybko porzucił rekonstruowanie nosów. Z bliżej nieznanych powodów, nie znalazł się nikt inny, kto kontynuowałby pracę bolońskiego chirurga, a jego dorobek został zapomniany na około 200 lat. Być może przyczyniły się do tego liczne nieporozumienia jakie narosły dookoła jego metody. Niektórzy sądzili, że Tagliacozzi używał do rekonstrukcji mięśni zamiast skóry. Byli też tacy, którzy sądzili że pobierał on materiał do przeszczepu od innych osób, mimo że wyraźnie sprzeciwiał się tego typu praktykom. Istniały również relacje, według których nosy zrekonstruowane przez Bolończyka odpadały następnej zimy. Biorąc pod uwagę „podejrzaną” atmosferę jaka zaczęła obejmować prace Tagliacozziego, trudno je jednak uznać za do końca wiarygodne. To wszystko nie ułatwiało Carpuemu podjęcia decyzji. Opisane przypadki odpadających zimą nosów, w połączeniu z niezwykle optymistycznymi doniesieniami dotyczącymi skuteczności operacji przeprowadzanych w Indiach Wschodnich cechujących się bardzo ciepłym klimatem, oraz własnymi doświadczeniami z angielskiego szpitala, w którym około połowa pacjentów poddanych operacji umierała na gorączkę ropną i różeń, sprawiły, że Carpue doszedł do wniosku, że skuteczna operacja rekonstrukcji nosa jest możliwa tylko w ciepłym indyjskim klimacie. Nie pozostało to bez wpływu na późniejsze decyzje londyńskiego lekarza.

Na opisach prac Tagliacozziego i doświadczeń indyjskich, badania Carpue się nie skończyły. Po pewnym czasie odkrył, że Tagliacozzi nie wynalazł wcale swojej metody, lecz zaledwie ją ulepszył i opisał dla potomnych. Jego wkład polegał przede wszystkim na opracowaniu lepszych metod bandażowania i unieruchamiania ramienia, które musiało być uniesione do głowy przez kilka miesięcy. Bazował przy tym na doświadczeniach Bronca oraz jego syna Antonia, przeprowadzających podobne operacje na Sycylii już w XV wieku. Jak donosiło sprawozdanie z 1442 sporządzone przez Piotra Rosano, biskupa Lucery, Bronca pobierał skórę z policzka, aby rekonstruować nosy utracone od miecza lub choroby. Antonio udoskonalił metodę i pobierał skórę już z ramienia. 150-letnia włoska historia chirurgii plastycznej nosa przypadała w dużej mierze na okres wybuchu epidemii syfilisu, która rozpoczęła się w 1495 roku w Neapolu. Być może to właśnie ten czynnik zadecydował o rozwoju chirurgii plastycznej nosa we Włoszech w XV i XVI wieku. Źródła inspiracji Bronca nie są do końca znane, ale istnieje spore prawdopodobieństwo, że również on został zainspirowany dokonaniami indyjskich uczonych, które trafiły nad basen Morza Śródziemnego dzięki wyprawom Aleksandra Macedońskiego (327 r. p.n.e.), a także późniejszemu podbojowi Indii dokonanymi kilkaset lat później przez Arabów w czasach kalifatu Abbasydów. W XV wieku, w Sycylii zauważalne były silne wpływy kultury cywilizacji islamu, która obficie czerpała z osiągnięć indyjskich uczonych.

Najwcześniejsze wzmianki dotyczące plastyki nosa zostały spisane w Indiach już ok. VI wieku p. n. e. przez prawdopodobnie pierwszego znanego na świecie chirurga plastycznego – Suśrutę, w dziele noszącym mającym w tytule jego imię: Suśruta-saṃhitā (सुश्रुतसंहिता). Oznacza to dosłownie „kompendium Suśruty”. Z jego dorobku, a także z osiągnięć innych przedstawicieli Ajurwedy (indyskiej gałęzi wiedzy dotyczącej medycyny) korzystali tacy greccy myśliciele jak Pitagoras, Arystoteles, Hipokrates i Galen, a także uczeni wywodzący się z kręgu cywilizacji islamu – Rhazes oraz Awicenna. Wpływ ajurwedy na medycynę europejską był w dużej mierze zapośredniczony przez greckie i arabskie źródła, ponieważ aż do 1844 roku, prace Suśruty nie doczekały się przekładu na łacinę. Zanim Brytyjczycy wkroczyli do Indii w XVIII wieku, zachodni uczeni nie byli nawet świadomi istnienia sanskryckich, starożytnych manuskryptów.

Dziedzina wiedzy, którą miał na nowo odkryć dla europejczyków Carpue, powstała zatem w dużej mierze dzięki wpływowi indyjskich uczonych. Londyński lekarz, wiedząc już częściowo, że to właśnie ten region świata jest kolebką chirurgii plastycznej nosa, zdecydował się po nieomal miesięcznym namyśle pomóc zrozpaczonemu przybyszowi z Gibraltaru. 23 października 1814 roku podjął się operacji, przy której przez cały czas utrzymywano w pomieszczeniu wysoką temperaturę, mającą imitować indyjski gorący klimat. Na początku XIX wieku, operacje były przeprowadzane bez znieczulenia, więc Carpuemu mieli pomagać dwaj asystenci: Sawre i Warren, których zadaniem było między innymi przytrzymywanie pacjenta. Ten nalegał jednak, żeby go nie trzymano przekonując, że „zachowa się po męsku”, mimo że ostrzegano go przed czekającym go ogromnym bólem. Choć współczesnym europejczykom przyzwyczajonym do znieczulenia nawet w trakcie wizyty u dentysty może być trudno w to uwierzyć, pacjent rzeczywiście nawet nie drgnął kiedy wycinano mu skórę z czoła. Przez nieomal cały czas jej trwania wynoszący dokładnie 37 minut, zachował całkowite milczenie. Carpue był tym bardzo zaskoczony i zaniepokojony. Praca w szpitalu przyzwyczaiła go do pacjentów, którzy nie mogąc korzystać z dorobku współczesnej anestezjologii krzyczeli, stękali i umierali z bólu. Cisza sprawiła, ze był pełen najgorszych przeczuć, lecz kiedy zbliżył się do niego aby zbadać oddech i puls pacjenta, oficer powiedział tylko: „Pan miał słuszność, operacja jest bardzo bolesna”. Po skończonym zbiegu nie był w stanie wstać o własnych siłach, więc zaniesiono go do pomieszczenia, w którym nieustannie palono w piecu. Oficer dzielnie znosił również tę niedogodność przez dłuższy czas, aż w końcu zaprotestował twierdząc, że jeżeli choć przez chwilę nie zaczerpnie świeżego powietrza, udusi się i umrze. Carpue przystał na żądanie i przekonał się, że chłód nie jest tak zabójczy jak początkowo przypuszczał. Procesowi gojenia towarzyszyły jeszcze liczne komplikacje i długo utrzymująca się opuchlizna, jednakże operacja ostatecznie zakończyła się powodzeniem. Po ośmiu miesiącach było już po wszystkim, a dzielny oficer mógł cieszyć się nowym nosem.

Kilka lat później, w styczniu 1815 roku, Joseph Carpue przeprowadził drugi podobny zabieg. Tym razem jego pacjentem był kapitan Latham, który stracił nos w bitwie pod Albusera w Hiszpanii. I tym razem operacja plastyczna nosa została zakończona sukcesem. Obydwa te przypadki zostały potem opisane w pracy Account of Two Successful Operations for Restoring a Lost Nose from the Integument of the Forehead wydanej w 1816 roku. Droga do popularyzacji wyników nie była łatwa, a londyński lekarz został doceniony przede wszystkim poza granicami swojego kraju, ale w przeciwieństwie do Tagliacozziego doczekał się on następców, do których można zaliczyć m. in. Carla Ferdinanda von Gräfe, szefa kliniki uniwersyteckiej w Berlinie, Johanna Friedricha Dieffenbacha, oraz Jacquesa Josepha. Uczeni ci rozwijali dalej dorobek Carpuego i poprzedzających go indyjskich uczonych, kładąc podwaliny dla współczesnej chirurgii plastycznej. Zanim jednak wiedza Suśruty na dobre przyjęła się na gruncie europejskim, musiały upłynąć ponad dwa milenia.

Źródła:

David Hamilton, A History of Organ Transplantation: Ancient Legends to Modern Practice, University of Pittsburgh Press, 2012, pp. 15–20. [https://books.google.pl/books/about/A_History_of_Organ_Transplantation.html?id=4uS1eem2SbMC] [dostęp: 08.03.2016]

Eisenberg I.,  A history of rhinoplasty, "South African Medical Journal", 1982 Aug 21, vol 9 issue 62, pp. 286-292. [http://archive.samj.org.za/1982%20VOL%20LXII%20Jul-Dec/Articles/02%20August/3.8%20HISTORY%20OF%20MEDICINE.A%20HISTORY%20OF%20RHINOPLASTY,%20I.Eisenberg.pdf] [dostęp: 08.03.2016]

Girish Dwivedi, Shridhar Dwivedi, Sushruta – the Clinician – Teacher par Excellence [http://medind.nic.in/iae/t07/i4/iaet07i4p243.pdf] [dostęp 07.03.2016]

Jürgen Thorwald, Stulecie Chirurgów, Kraków 2010, ss. 105-134.

Leslie Stephen, Dictionary of National Biography, 1901, pp. 169-170. [http://todayinsci.com/C/Carpue_Joseph/CarpueJosephBio.htm] [dostęp: 08.03.2016]